Mary rączki przycisnęła silniej do piersi i oczy ku chłopcu zwróciła.

— Nie mam pojęcia, jacy są chłopcy — rzekła z wolna. — Czy potrafiłbyś zachować tajemnicę, gdybym ci ją powierzyła? Tajemnica to wielka. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby się o niej kto dowiedział. Myślę, że umarłabym! — Ostatnie wyrazy powiedziała namiętnie.

Dick zmieszał się więcej jeszcze niż przedtem i znów czuprynę pocierał, lecz odparł wesoło:

— Ja bo zawsze dochowuję tajemnicy. Żebym nie umiał przed drugimi chłopcami utrzymać sekretu o młodych lisach, o gniazdkach ptasich, to by tam na stepie nic nie było w pewności. Oj, umiem ja sekret utrzymać!

Nie zdając sobie z tego sprawy, Mary pochwyciła go za rękaw.

— Skradłam ogród — rzekła prędko. — On nie jest wcale mój. On nie jest niczyj. Nikt go nie chce, nikt o niego nie dba, nikt do niego nigdy nie wchodzi. Może już wszystko w nim wymarło, nie wiem!

Ognie na twarz jej wybiły i była w tej chwili zła jak dawniej.

— Wszystko mi jedno! Wszystko mi jedno! Nikt nie ma prawa mi go odbierać, bo mnie jedną on obchodzi. Pozwolili mu zmarnieć i zamknęli go samotnie na klucz — kończyła namiętnie, a zasłaniając twarz rączkami, wybuchnęła strasznym płaczem: biedna, malutka panna Mary!

Dickowi z zaciekawienia oczy całkiem okrągłe się zrobiły.

— Eh-e-e! — rzekł, rozwlekając dźwięki, a miało to oznaczać i zdziwienie, i sympatię.