— Nie mam co robić — ciągnęła dalej Mary. — Nic nie mam własnego. Sama go sobie znalazłam i sama do niego weszłam. Byłam tam zupełnie jak gil, a jemu nie zabraliby ogrodu.

— A gdzie on jest? — spytał Dick przyciszonym głosem.

Mary zerwała się z siedzenia. Zdawała sobie sprawę, że w tej chwili była zła, kapryśna, uparta, ale jej to było obojętne. Była wyniosła i rozkazująca, jak ongi38 w Indiach, a równocześnie pełna i zapału, i troski.

— Chodź ze mną, to ci pokażę — rzekła.

Poprowadziła go przez łukowatą ścieżkę do miejsca, gdzie bluszcz rósł tak gęsto. Dick szedł za nią z dziwnym, współczującym wyrazem na twarzy. Było mu tak, jakby go prowadzono do gniazdka jakiegoś ptaka nieznanego i jakby musiał poruszać się wolniusieńko. Gdy Mary podeszła do muru i uniosła zwieszające się bluszcze, zatrzymał się nagle. Były tam drzwi. Mary popchnęła je, otwarły się z wolna, oni zaś weszli oboje. Wtedy Mary, przystanąwszy, zrobiła ręką ruch okrągły:

— Oto on — rzekła. — To ogród tajemniczy i ja jedna na całym świecie pragnę go utrzymać przy życiu.

Dick rozglądał się, rozglądał, rozglądał bez końca.

— Hej! — wyszeptał. — Jakież to dziwne, śliczne miejsce! Tu zupełnie tak, jakby jakaś istota ludzka w sen zapadła.

Rozdział XI. Gniazdko mysikrólika

Przez kilka minut stał, rozglądając się dokoła, podczas gdy Mary przyglądała się z kolei jemu; potem zaczął ostrożnie posuwać się naprzód, może ostrożniej i ciszej jeszcze niż Mary, gdy weszła tu po raz pierwszy. Oczy jego zdawały się wszystko dostrzegać: i drzewa szare z szarymi zasłonami wijących się po nich i zwieszających się festonami z gałęzi pnączy, i gąszcz splątanych gałązek na murach i trawie, i altany z barwinku z kamiennymi ławkami wewnątrz i wielkimi kamiennymi wazonami.