— Czy będą tu róże? — wyszeptała. — Możesz mi powiedzieć? Bo ja myślę, że może one wszystkie poschły.

— Oj nie! Nie wszystkie! — odparł. — Niech no panienka spojrzy!

Podszedł do najbliższego drzewa — starego bardzo, którego kora pokryta była grubą warstwą szarego mchu, a gałęzie poobwieszane splątanymi pędami róż. Wyjął z kieszeni duży nóż i rozciął jeden z pędów.

— Mnóstwo tu suszków, które trzeba by porozcinać — rzekł. — I duża część drzewa sucha, ale w przeszłym roku puściło jeszcze świeże pędy. Ten na przykład świeży — to mówiąc, wskazał na odrośl, która miała brunatno-zielony kolor, nie zaś suchy, szary.

Mary dotknęła gałązki z pewnym rodzajem czci i zapału zarazem.

— Ta tutaj? — rzekła. — Czy ona całkiem żywa, całkiem?

Dick zęby pokazał w szerokim uśmiechu.

— Taka żywa jak panienka albo ja — odparł.

— Jakam ja szczęśliwa! — wyszeptała. — Tak bym chciała, żeby wszystkie drzewa żywe tu były. Obejdźmy najlepiej ogród dokoła i porachujmy, ile jest zaschniętych, ile żywych.

Dziewczynka drżąca była z zapału, Dick nie mniej był przejęty. Szli więc od drzewa do drzewa, od krzewu do krzewu. Dick nie wypuszczał noża z ręki i pokazywał jej różne rzeczy, które jej się cudem wydały.