— Jeszczem się nikogo nie pytała i nikogo nie prosiła — odparła Mary wahająco.
— No dobrze. Więc panience nie radzę mówić o tym z naczelnym ogrodnikiem. To taki wielki pan, ten pan Boach.
— Nigdym go nie widziała. Widziałam tylko pomocników i Bena Weatherstaffa.
— Żebym była na miejscu panienki, to prosiłabym Bena — radziła Marta. — Nie jest on ani przez pół taki niedobry, jak na to wygląda, choć taki skwaszony. Pan Craven pozwala mu na wszystko, bo on tu już był za życia jaśnie pani i zawsze panią umiał rozśmieszyć i zabawić. A pani też go lubiła. Może on panience gdzie na boku jaki kącik ogrodu wynajdzie.
— Gdyby to było gdzie na boku i gdyby nikt tego kawałka ziemi nie chciał, to wszakżeby to nikomu nie powinno szkodzić, prawda? — wyrzekła Mary lękliwie.
— Naturalnie, że nie powinno — odparła Marta. — Przecież by panienka nikomu krzywdy nie zrobiła.
Mary zjadła obiad z najwyższym pośpiechem, a wstawszy od stołu, zamierzała pobiec do swego pokoju po kapelusz, lecz ją Marta wstrzymała.
— Mam panience coś do powiedzenia — rzekła — tylkom myślała sobie, że lepiej dać panience wpierw zjeść spokojnie obiad. Pan Craven wrócił dziś rano i zdaje mi się, że chce panienkę zobaczyć.
Mary zbladła jak opłatek.
— O mój Boże! — zawołała. — Czemu?! Czemu?! Wszak nie chciał mnie widzieć, gdym przyjechała. Słyszałam ja, Pitcher mówił, że nie chce!