— Oto jest panna Mary, sir.

— Proszę iść i zostawić ją tutaj. Zadzwonię, skoro będzie czas zabrać ją stąd — rzekł pan Craven.

Kiedy pani Medlock wyszła i drzwi za sobą zamknęła, Mary stała tylko wyczekująco, takie smutne, drobne stworzonko, z rączkami zaciśniętymi trwożliwie. Widzieć mogła dobrze, że ten człowiek w fotelu nie jest garbaty, lecz tylko że plecy ma przygarbione, a czarne włosy gęsto siwizną przetkane. Odwrócił głowę i zagadał do niej.

— Przybliż się! — rzekł.

Mary podeszła do niego.

Nie był brzydki. Twarz jego byłaby piękna, gdyby nie była tak wymizerowana. Wyglądał tak, jakby widok jej męczył go i smucił i jakby namyślał się, co u licha z nią począć.

— Dobrze ci tu, mała? — spytał.

— Tak — odparła Mary.

— Dogadzają ci tu?

— Tak.