— Czy widziałaś? — mówiła Janet do Nory, gdy obie znalazły się w pokoju. — Ta dziewczynka, co nie żebrze, przechodziła przed naszą bramą, cała zmoknięta i zziębnięta i odwracała się, by się nam przyjrzeć. Mamusia mówi, że sukienki tej dziewczynki tak wyglądają, jak gdyby dostała je od jakiejś bogatej osoby, która nie chciała już ich nosić, bo były zbyt zniszczone. Ludzie, którzy mieszkają w tej szkole, wysyłają ją po sprawunki nawet w najgorszą niepogodę... nawet w nocy.
Sara podeszła ku schodom szkoły, trzęsąc się i ledwo trzymając się na nogach.
— Ciekawe kim jest ta mała dziewczynka, której on szuka... — rozmyślała.
W chwili, gdy tuląc do siebie wielki i ciężki koszyk wchodziła na schodki kuchenne, ojciec Dużej Rodziny jechał szybko na dworzec, by zdążyć do pociągu, który miał go zawieźć do Moskwy na poszukiwanie zaginionej córeczki kapitana Crewe.
Co słyszał i widział Melchizedech
Tego samego popołudnia, podczas nieobecności Sary, dziwne jakieś rzeczy działy się na poddaszu. Nikt ich nie widział ani nie słyszał prócz Melchizedecha — ten zaś był tak przerażony i zbity z pantałyku, że szurnął do swej nory i ukrył się w niej, drżąc, popiskując bojaźliwie i z największą ostrożnością wysuwając łebek, by zobaczyć, co się tam wyrabia.
Sara wyszła wczesnym rankiem i na poddaszu panowała cisza, przerywana jedynie dudnieniem kropel deszczowych po oknie i dachówkach. Melchizedechowi zaczęło się po trosze nudzić, więc gdy deszcz przestał bębnić i zapanowało zupełne milczenie, postanowił wyjść na zwiady, chociaż doświadczenie uczyło go, że Sara może wrócić nieprędko. Węsząc i gmerząc wokoło, zgoła niespodziewanie odkrył jakąś okruszynę, ocalałą niewytłumaczonym sposobem z wczorajszej wieczerzy i już się zabrał do jej spożywania, gdy uwagę jego pobudził jakiś dziwny szelest na dachu. Jął105 nasłuchiwać, a szczurze jego serduszko zaczęło bić gwałtownie. Ze szmeru wnosić106 można było, że coś porusza się na dachu, zbliżając się w stronę okna. Nagle okno otworzyło się w sposób jakiś tajemniczy — i jakaś ciemna twarz zajrzała do pokoiku; za nią ukazała się druga twarz i obie zaczęły ostrożnie i z zainteresowaniem przyglądać się wszystkiemu. Na dachu znajdowali się dwaj ludzie i czynili ciche przygotowania, by dostać się do środka. Jednym był Ram Dass, drugim zaś młody sekretarz pana Carrisforda; Melchizedech jednak o tym nie wiedział — wiedział tylko, że ci ludzie naruszyli spokój i nietykalność poddasza. Przeto, gdy człowiek o ciemnej twarzy opuścił się z niesłychaną lekkością i zręcznością na podłogę, nie czyniąc przy tym najlżejszego szelestu, Melchizedech zadarł ogon i czmychnął do nory jak oparzony. Dawno przestał się lękać Sary i wiedział, że ona nie rzuci w niego niczym, jak tylko okruszyną chleba, i nie wyda innego dźwięku prócz cichego, łagodnego i wabiącego świstania. Natomiast obcy ludzie byli dla niego czymś strasznym i wolał trzymać się od nich z dala. Przycupnął więc tuż koło wejścia do swej nory, zaledwie śmiejąc zerknąć błyszczącymi, niespokojnymi ślepkami przez szczelinę. Nie wiem, czy wiele zrozumiał z tej rozmowy, którą usłyszał; lecz gdyby ją nawet zrozumiał, na pewno byłby tym wszystkim doszczętnie zbity z tropu.
Sekretarz, który był młody i zwinny, wśliznął się przez okno równie cicho, jak Ram Dass, i zdołał jeszcze dostrzec znikający koniuszek ogona Melchizedecha.
— Czy to szczur? — szeptem zapytał Ram Dassa.
— Tak jest, szczur, sahibie107 — podobnym szeptem odpowiedział Ram Dass. — Jest tu ich dużo pod tą ścianą.