— Tylko się nie przechwalaj tym, że cię ktoś lubi! — ofuknęła ją miss Minchin. — Będziesz miała do roboty coś więcej, niż uczenie najmłodszych dziewczynek. Będziesz chodziła za sprawunkami, pomagała w kuchni i sprzątała w sali szkolnej. Jeżeli nie będę z ciebie zadowolona, to cię odprawię. Pamiętaj o tym. A teraz odejdź.

Sara stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w przełożoną, a w jej młodocianej główce ważyły się dziwne, głęboko utajone myśli. Nagle odwróciła się i skierowała kroki ku drzwiom.

— Zatrzymaj się! — upomniała ją miss Minchin. — Czy nie masz ochoty mi podziękować?

Sara stanęła, a wszystkie owe dziwne, głęboko utajone myśli zakipiały nagle falą potężną w jej sercu.

— Za co? — zapytała.

— Za moją łaskawość — odpowiedziała miss Minchin. — Za tę łaskę, że dałam ci dom i opiekę rodzinną.

Sara podeszła kilka kroków w jej stronę, dysząc gwałtownie i odezwała się głosem, jak na dziecko, niezwykle śmiałym:

— Pani nie wyświadcza mi łaski... i nie obdarza mnie opieką rodzinną!

To rzekłszy, odwróciła się i wybiegła z pokoju. Miss Minchin nie zdołała już jej powstrzymać — posłała za nią jedynie jadowite, złowrogie spojrzenie.

Sara szła po schodach powoli, łapiąc z trudnością oddech i przyciskając do serca Emilkę.