— O gdybyż ona umiała mówić! — powtarzała sobie w duchu. — Gdybyż umiała... gdybyż umiała mówić!

Zamierzała udać się do swego pokoju, położyć się na tygrysiej skórze, przytulić policzek do głowy wielkiego zwierza, wpatrzeć się w ogień na kominku i myśleć — myśleć — myśleć... Zanim jednak doszła do półpiętra, z jej pokoju wyszła miss Amelia, zamknęła za sobą drzwi na klucz i stanęła przed nimi, jakaś zakłopotana i nieswoja.

— Tobie... tobie nie wolno tam wchodzić — oznajmiła.

— Nie wolno mi wchodzić? — zawołała Sara, cofając się nieco.

— To już nie twój pokój — odpowiedziała miss Amelia, rumieniąc się z lekka.

Sara poczęła rozumieć sytuację. Pojęła, że jest to początek tej zmiany, o której wspominała miss Minchin.

— A gdzie jest mój pokój? — zapytała, starając się, by głos jej nie zadrżał.

— Masz spać na poddaszu, w sąsiedztwie Becky.

Sara wiedziała, gdzie jest ów apartament, bo słyszała już o nim w opowiadaniach Becky. Odwróciła się przeto i przeszła przez dwa rzędy schodów. Drugi z nich był wąski i wysłany brudnymi strzępami starego kobierca. Miała wrażenie, że idzie w daleką, daleką przestrzeń i że zostawia hen za sobą ów świat, w którym żyła owa druga dziewczynka, coraz mniej mająca wspólnego z nią samą... z tym dzieckiem w kusej i ciasnej sukienczynie, gramolącym się na schody, wiodące ku poddaszu.

Gdy doszła do drzwi wiodących na strych i otwarła je, serce głucho zadudniło jej w piersiach. Zamknęła drzwi, oparła się o nie i rozejrzała się wokoło.