Istotnie był to świat zgoła inny. Pokój był bielony i miał sufit pochyły. Tynk był już brudny i poodpadał w wielu miejscach. Koło pordzewiałego piecyka stało stare, żelazne łóżko, na którym leżał twardy siennik, nakryty spłowiałą kołdrą. Poza tym znajdowało się tu parę sprzętów, przyniesionych z dołu, gdzie wskutek zniszczenia nie nadawały się już do użytku. Pod oknem w suficie, przez które nie było widać nic prócz podłużnego skrawka szarego nieba, stał czerwony podnóżek, mocno już wytarty od starości. Sara usiadła na nim. Nie miała zwyczaju płakać, więc i teraz nie płakała, tylko położyła na kolanach Emilkę, objęła ją rękoma, przytuliła do niej policzek i tak siedziała bez słowa — bez szelestu — przez dłuższy czas.

Naraz rozległo się ciche stukanie do drzwi — tak ciche i nieśmiałe, że Sara nie dosłyszała go początkowo i nawet nie podnosiła się z miejsca; w końcu drzwi się uchyliły, z lekka, jakby trwożliwie naciśnięte i ukazała się w nich zmizerowana i zasmolona twarzyczka. Była to twarz Becky. Biedna pomywaczka popłakiwała ukradkiem od paru godzin, a ponieważ ocierała łzy fartuchem kuchennym, więc w końcu jej czoło, powieki i policzki przybrały wygląd zgoła komiczny.

— Ach, panienko — odezwała się szeptem. — Cy mnie bedzie wolno... czy panienka da mi pozwoleństwo... zebym wesła do pokoju?

Sara podniosła oczy i spojrzała na przybyłą, starając się uśmiechnąć — co jednak się jej nie udało. Nagle pod wrażeniem tkliwego smutku, bijącego z zapłakanych oczu Becky, twarz jej się zmieniła, przybierając wyraz o wiele bardziej dziecinny. Wyciągnęła rękę i zaszlochała cichutko.

— Ach, Becky! — rzekła w końcu. — Mówiłam ci, że jesteśmy zupełnie sobie równe... że jesteśmy po prostu małymi dziewczynkami... niczym innym, tylko dwiema małymi dziewczynkami. Widzisz, że miałam rację. Teraz między nami nie ma żadnej różnicy. Nie jestem już księżniczką.

Becky przybiegła do niej, uklękła przy niej, pochwyciła jej rękę i przytuliła ją do piersi, łkając z przywiązania i współczucia.

— O nie, panienko! — zawołała, zacinając się w słowach. — Cokolwiek się... cokolwiek się panience przydarzy... panienka zawdy pozostanie księżnicką... i nikiej53 nie będzie inna, niżeli była przódy.

Na poddaszu

Pierwsza noc spędzona na poddaszu była dla Sary niezapomniana. Podczas niej przeżyła chwilę ciężkiej, niedziecięcej boleści, z której nigdy w życiu nie zwierzyła się nikomu, nawet najbliższym osobom; nie było bowiem nikogo, kto by zdołał ją zrozumieć. Bądź co bądź, dobre było choć to, że gdy leżała bezsennie w ciemności, jej smutne myśli rozpraszała od czasu do czasu sama niezwykłość otoczenia. Dobrą, być może, było rzeczą, że jej drobne ciałko przypominało jej, iż w świecie istnieją materialne przedmioty; gdyby nie to, zbyt wielka byłaby udręka, którą znosić musiał jej dziecięcy umysł. Jednakże w miarę jak noc upływała, Sara prawie zapomniała o swoich sprawach cielesnych i o wszystkim w świecie, poza tą jedyną myślą:

— Mój tatuś nie żyje! Mój tatuś nie żyje!