— Mówicie jak książka — odparł Panurg. — Ale mnie się wydaje, jakobym zstąpił do ciemnej studni, o której powiada Heraklit, iż prawda w niej jest ukryta. Nie widzę ani dudu, nie rozumiem nic, czuję, że w głowie mi się mąci i mam silne podejrzenie, że jestem urzeczony. Spróbuję gadać z innej beczki. Czekajcie no, kmotrze. Nie wymigujcie się. Zmieńmy piosenkę i mówmy bez dysjunktywów. Te członki źle połączone mierżą was, jak widzę. Owo tedy, na imię boskie, pytam: mam li się żenić?
Wiatraczek: Tak by się mogło zdawać.
Panurg: A jeśli się nie ożenię?
Wiatraczek: Nie widzę żadnej przeszkody.
Panurg: Nie widzicie żadnej?
Wiatraczek: Nie, chyba wzrok mi chybia.
Panurg: A ja widzę ich więcej niż pięćset.
Wiatraczek: Wylicz je.
Panurg: Mówię tak w przybliżeniu i biorąc liczbę pewną za niepewną; określoną za nieokreśloną; to znaczy: dużo.
Wiatraczek: Słucham.