Zasady wiary, stanowiące źródło wszelkich cnót, są tam nauczane powierzchownie i na pamięć. Obowiązki wobec bóstwa też nie są metodycznie wpajane. Polegają na niewielkich ceremoniach zewnętrznego kultu, wymaganych z taką surowością, praktykowanych z takim znudzeniem, że jest to pierwsze jarzmo, które zrzuca się, wkraczając w światowe towarzystwo. Jeśli potem zachowuje się kilka zwyczajów, to po sposobie, w jaki wszyscy je praktykują, wygląda to na rodzaj uprzejmości, którą wyświadcza się bóstwu jedynie z przyzwyczajenia.

Zresztą nic nie zastąpi pierwszych zasad źle kierowanej edukacji. We Francji nie znają wcale szacunku dla samego siebie, którym tak starannie napełnia się serca naszych młodych Dziewic Słońca. To szlachetne uczucie sprawiające, że jesteśmy surowymi sędziami własnych czynów i myśli, a które, świadomie odczuwane, staje się solidną regułą, niepotrzebne jest tutaj żadnej kobiecie. Za mało dba się o ich duszę, można by sądzić, iż Francuzi podzielają błędne mniemanie niektórych barbarzyńskich ludów odmawiających jej niewiastom.

Najważniejszymi elementami edukacji są nauka właściwego ułożenia ciała i wyrazu twarzy, czyli komponowania zewnętrznego wyglądu. Rodzice chełpią się tymi postawami mniej lub więcej krępującymi ich córki jako dowodem należytego wychowania. Przykazują im rumienić się za wykroczenie przeciwko gracji w postawie, nie mówią im jednak, że przyzwoite zachowanie jest tylko obłudą, jeśli nie wypływa z prawości duszy. Pobudza się w nich nieustannie tę podłą miłość własną, która przejawia się wyłącznie w powabach zewnętrznych. Nie daje im się poznać uczucia, które kształtuje zalety, zadowalane wyłącznie szacunkiem. Ogranicza się jedyne pojęcie czci do tego, by nie mieć kochanków, wmawiając im wciąż, że nagrodą za narzucane im niewygody i przymus jest pewność podobania się. I tak najcenniejszy czas na kształtowanie umysłu służy kobietom do nabywania niedoskonałych umiejętności, którymi mało posługują się w młodości i stają się śmieszne w wieku dojrzałym.

Ale to nie wszystko, mój kochany Azo, niekonsekwencja Francuzów nie zna granic. Z takimi zasadami oczekują od swych żon praktykowania cnót, których im nie wpojono, nie dawszy im nawet właściwego pojęcia o nazwach, które te cnoty określają. Codziennie przekonuję się o tym w rozmowach z młodymi dziewczętami, ich ignorancja zdumiewa mnie bardziej niż to, co dotąd zobaczyłam.

Gdy mówię im o uczuciach, bronią się, że ich nie mają, ponieważ wiedzą tylko o miłości. Słowo „dobroć” rozumieją jako naturalne współczucie na widok cierpiącej istoty. Zauważyłam nawet, że bardziej się przejmują zwierzętami niż ludźmi. Zupełnie nie znają tej dobroci czułej, rozumnej, która skłania do czynienia dobra z godnością i roztropnością, z czego rodzi się wyrozumiałość i wrażliwość. Uważają, że wypełniły wszystkie powinności dyskrecji, gdy wyjawiły tylko kilku przyjaciółkom błahe sekrety, podsłuchane lub powierzone sobie. Nie mają żadnego pojęcia o dyskrecji przezornej, delikatnej i koniecznej, by nikomu nie zaszkodzić, nikogo nie urazić i aby utrzymać zgodę w towarzystwie.

Kiedy im tłumaczę, co rozumiem przez skromność, bez której nawet cnoty są niemal występkami, kiedy mówię o przyzwoitych obyczajach, o godziwym traktowaniu niższych od siebie, tak mało praktykowanym we Francji, oraz o stanowczej pogardzie i unikaniu wysoko urodzonych nikczemników, spostrzegam po ich zmieszanych minach, że podejrzewają mnie o mówienie językiem peruwiańskim, a jedynie z grzeczności udają, że mnie rozumieją.

Niewiele bardziej są zorientowane, jeśli chodzi o znajomość świata, ludzi i społeczeństwa. Nie znają nawet dobrze ojczystego języka, rzadko kiedy mówią poprawnie i nie bez ogromnego zdumienia stwierdzam, że jestem w tym od nich bieglejsza.

To w takim stanie ignorancji wydają za mąż dziewczęta, które ledwo wyrosły z dzieciństwa. Od tej pory wydaje się, że rodzice mało interesują się ich postępowaniem, bo już do nich nie należą. Większość mężów też się tym nie przejmuje. Byłby jeszcze czas, by naprawić błędy pierwszej edukacji, ale nikt się o to nie stara.

Młoda żona, wolna w swym apartamencie, przyjmuje towarzystwo, które jej się podoba. Jej zajęcia są na ogół błahe, zawsze bezużyteczne, może nawet gorsze od bezczynności. Karmi umysł bagatelkami złośliwymi lub nijakimi, co bardziej niż głupota czyni ją żałosną. Mąż, nie mając do niej zaufania, nie stara się jej wciągać w sprawy swych interesów, rodziny i majątku. Żona uczestniczy w całym tym świecie tylko poprzez zewnętrzną wystawność. Jest ozdobą mającą zabawiać ciekawskich. Wystarczy, że władczy charakter połączy z upodobaniem do rozrzutności, i już kobieta ulega różnym słabostkom, przechodzi od niezależności do samowoli, a wkrótce potem wzbudza pogardę i oburzenie mężczyzn, mimo ich skłonności i interesowności w tolerowaniu swawoli u powabnej młodzieży.

Jakkolwiek mówię Ci prawdę z całą szczerością, mój kochany Azo, nie sądź proszę, że nie ma tu żon cnotliwych. Jest kilka kobiet szczęśliwie urodzonych, by mogły same zdobyć edukację, której się im odmawia. Przywiązanie do obowiązków, obyczajność i skromne zalety ich umysłu zyskują im szacunek u wszystkich. Ale ich liczba jest tak ograniczona w porównaniu z większością, że są szanowane i znane z nazwiska. Nie myśl również, że zepsucie obyczajów bierze się ze złego charakteru kobiet. Na ogół wydaje mi się, że częściej niż u nas mają wrodzone wszystkie predyspozycje konieczne, by dorównać mężczyznom w sferze czci i cnót. Ale ci ostatni, jeśli nawet zgadzają się z tym w głębi serca, z powodu dumy nie mogą znieść owej równości, przyczyniają się więc do okazywania kobietom pogardy, uwłaczając własnym żonom albo uwodząc cudze.