Widać na nich nasze Dziewice przedstawione w niezliczonych miejscach, w tych samych szatach, które nosiłam po przybyciu do Francji. Mówiono nawet, że były do mnie podobne.
Ozdoby świątyni, które zostawiłam kiedyś w klasztorze, podpierane przez złocone piramidy, zdobiły każdy kąt tego cudownego gabinetu. Obraz Słońca, zawieszony w środku sufitu pomalowanego najpiękniejszymi barwami nieba, dopełniał swym blaskiem tę uroczą samotnię, a wygodne meble dostosowane do malowideł czyniły ją prześliczną.
Skorzystawszy z milczenia, jakie wywołały we mnie zdumienie, radość i zachwyt, Déterville zbliżył się do mnie i rzekł:
— Zauważy pani, piękna Zilio, że brakuje w tej nowej świątyni Słońca złotego tronu. Magiczna moc przeistoczyła go w dom, ogród i ziemie. Nie bez żalu wyznaję, że to nie moja wiedza dokonała tej metamorfozy, nie chciałem jednak urazić pani godności. Oto — rzekł otwierając małą szafkę sprytnie ukrytą w ścianie — oto pozostałości magicznej operacji. W tej samej chwili pokazał mi kasetkę wypełnioną sztukami złota używanymi we Francji.
— To, jak pani wie — ciągnął dalej — jest potrzebne do życia wśród nas, pomyślałem, że powinienem zachować mały zapas.
Zaczęłam mu okazywać mu żywą wdzięczność i zachwyt z powodu jego troskliwej opieki, gdy Celina mi przerwała i zaciągnęła do pokoju obok cudownego gabinetu.
— Też chcę — rzekła — pokazać pani moc mojej sztuki.
Otworzono wielkie szafy wypełnione zachwycającymi tkaninami, bielizną, strojami, wszystkim tym, co potrzebne niewiastom, i to w takiej liczbie, że nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Zapytałam Celinę, ile lat miałabym żyć, żeby używać tyle pięknych rzeczy.
— Tyle, ile będziemy żyli, mój brat i ja — odparła.
— A ja — odpowiedziałam — pragnę, byście oboje żyli tak długo, jak was będę miłować, i nie umarli przede mną.