„Człowiek dobry”. Czyli hemiplegia122 cnoty. W każdym silnym i niewynaturzonym gatunku człowieka miłość i nienawiść, wdzięczność i zemsta, dobroć i gniew, czynienie „tak” i czynienie „nie” są nierozłączne. Jest się dobrym za tę cenę, iż umie się być także złym; jest się złym, ponieważ inaczej nie umiałoby się być dobrym. Skądże tedy ta schorzałość i ideologiczna nienaturalność, odrzucająca tę dwoistość — nauczająca, iż wyższością jest być tylko połowicznie dzielnym? Skąd ta hemiplegia cnoty, to wynalezienie dobrego człowieka?... Żądanie moralności zmierza do tego, żeby człowiek wyrzezał sobie owe instynkty, z którymi może być wrogiem, z którymi może szkodzić, gniewać się, wymagać zemsty... Ta nienaturalność odpowiada wtedy owej dualistycznej koncepcji li tylko dobrej i li tylko złej istoty (Bóg, duch, człowiek), sumując w pierwszej wszystkie pozytywne, w drugiej wszystkie negatywne siły, zamiary, stany. Taki sposób oceny wartości mniema, że jest przez to „idealistycznym”; nie wątpi on o tym, że w tej koncepcji „dobrego” ustanowił on przedmiot najwyższego pożądania. Gdy dochodzi do swego szczytu, to wymyśla sobie taki stan rzeczy, w którym wszelkie zło jest unicestwione i gdzie po prawdzie pozostały już tylko same dobre istoty. A więc nie uważa on nawet za rzecz dowiedzioną, że te przeciwieństwa: dobro i zło wzajemnie się warunkują; odwrotnie, to drugie powinno zniknąć, a pierwsze powinno pozostać, jedno ma prawo istnienia, drugie powinno by wcale nie istnieć... Co tu właściwie pragnie?
Po wszystkie czasy, a osobliwie w czasach chrześcijańskich zadawano sobie wiele trudu, żeby człowieka zredukować do postaci „człowieka dobrego”: dziś jeszcze nie brak spaczonych przez wykształcenie kościelne i osłabionych, dla których ten zamiar utożsamia się z „uczłowieczeniem” w ogóle albo z „wolą boską”, albo ze „zbawieniem duszy”. Jako istotne żądanie stawia się tutaj wymaganie, żeby człowiek nie czynił nic złego, żeby pod żadnym warunkiem nie szkodził, szkodzić nie chciał... Jako drogę do tego uważa się: wyrzezanie wszelkiej możliwości, wiodącej do nieprzyjaźni, zawieszenie wszelkich instynktów, pochodzących z ressentiment123, „spokój duszy” jako cierpienie chroniczne.
Ten sposób myślenia, hodujący pewien typ człowieka, wychodzi z niedorzecznego założenia: dobro i zło bierze jako rzeczy realne, które są z sobą w sprzeczności (a nie jako dopełniające się wartości, co byłoby prawdą), radzi wziąć stronę dobra, wymaga, żeby dobry wyrzekł się zła aż do ostatniego korzenia i żeby mu się opierał — w rzeczy samej zaprzecza przez to życia, które we wszystkich swoich instynktach ma zarówno „tak”, jak i „nie”. Nie żeby to pojął: przeciwnie, marzy on o tym, żeby powrócić do całości, do jedności, do tęgości życia: wyobraża to sobie jako stan wyzwolenia, gdy nareszcie położy się koniec własnej anarchii wewnętrznej, zatargom między owymi przeciwnymi popędami wartości. Dotychczas nie było może bardziej niebezpiecznej ideologii i większej zdrożności in psychologicis jak to dążenie do dobra: wypielęgnowano typ najwstrętniejszy, człowieka niewolnego, świętoszka; nauczano, że właśnie tylko świętoszek jest na właściwej drodze do Bóstwa, że tylko żywot świętoszka jest żywotem boskim...
A nawet i tutaj jeszcze życie zachowuje swe prawo — to życie, które nie umie oddzielać „tak” od „nie”: cóż to pomoże ze wszystkich sił uważać wojnę za złą i nie chcieć szkodzić, nie chcieć czynić „nie”! Jednak toczy się wojnę! Zgoła nie można inaczej! Człowiek dobry, który wyrzekł się zła, zarażony, jak mu się to pożądanym wydaje, ową hemiplegią cnoty, bynajmniej nie przestaje toczyć wojny, mieć wrogów, mówić „nie” i czynić „nie”. Chrześcijanin na przykład nienawidzi „grzechu” — a cóż nie jest dla niego „grzechem”! Właśnie przez tę wiarę w moralne przeciwieństwo dobra i zła świat stał się dla niego przepełny tego, co zasługuje na nienawiść, co wieczyście zwalczać należy. „Dobry” widzi się jakby otoczonym przez zło i przy takim ustawicznym atakowaniu przez zło wysubtelnia swoje oko i pod wszelkimi swoimi zabiegami i usiłowaniami odkrywa jeszcze zło: i tak oto kończy konsekwentnie na tym, że pojmuje naturę jako złą, człowieka jako zepsutego, dobroć jako łaskę (to znaczy jako rzecz niemożliwą dla człowieka). In summa124: zaprzecza on życia, pojmuje, że dobro, jako wartość najwyższa, potępia życie... Przez to jego ideologia na punkcie dobra i zła powinna by być uważana przez niego za dowodnie odpartą. Ale choroby nie odpiera się dowodami... I tak oto tworzy on koncepcję innego życia!...
224.
Do krytyki człowieka dobrego. Prawość, godność, obowiązkowość, sprawiedliwość, ludzkość, uczciwość, otwartość, czyste sumienie — czyż istotnie przez te mile brzmiące słowa potwierdza się i pochwala właściwości gwoli nim samym? Czy też właściwości i stany same przez się indyferentne co do wartości są tutaj wysunięte przed jakikolwiek punkt widzenia, skąd otrzymują wartość? Czy wartość tych właściwości leży w nich samych, czy też w pożytku, w korzyści, która z nich wynika (wynikać się zdaje, na którą się liczy)?
Naturalnie mam tutaj na myśli nie przeciwieństwo między ego i alter w ocenianiu: pytaniem jest, czy to następstwa, bądź dla posiadacza tych właściwości, bądź dla otoczenia, społeczeństwa, „ludzkości” są tym, gwoli czemu te właściwości mają mieć wartość: czy też mają one wartość same przez się... Pytając inaczej: czy to pożyteczność każe potępiać, zwalczać, zaprzeczać właściwości przeciwnych (niepewność, fałszywość, przewrotność, niepewność samego siebie, nieludzkość)? Czy istota takich właściwości, czy też tylko konsekwencja takich właściwości jest potępiona? Pytając inaczej: czy by było pożądanym, żeby ludzie posiadający te inne właściwości nie istnieli? W to się, w każdym razie, wierzy... Ale w tym tkwi błąd, krótkowzroczność, ograniczoność ciasnego egoizmu.
Wyrażając się inaczej, czy by było pożądanym stworzyć taki stan rzeczy, w którym cała korzyść byłaby po stronie ludzi prawych — tak iż natury i instynkty przeciwne byłyby zniechęcone i wymarłyby powoli?
Jest to w istocie pytanie smaku i estetyki: czy by było pożądanym, żeby pozostał tylko „najszanowniejszy”, tzn. najnudniejszy gatunek człowieka? Prostokątni, cnotliwi, poczciwcy, dzielni, prości sercem, „nosorożce”?
Jeśli usunąć w myśli olbrzymią obfitość tych „innych”: to nawet prawy nie ma już prawa do egzystencji: nie jest już potrzebny — i oto widoczna, że tylko gruba pożyteczność wyniosła na zaszczytne stanowisko taką nieznośną cnotę,