b) iż istnieje nadzwyczajne niebezpieczeństwo w mniemaniu, że ludzkość jako całość tężeje, gdy jednostki stają się wątłe, jednakie, przeciętne... Ludzkość jest abstrakcją: celem poskromienia, nawet w najszczególniejszym wypadku, może być zawsze tylko człowiek tęższy (nieposkromiony jest słaby, rozrzutny, niestały).

231.

Moim zdaniem ostatecznym jest: że człowiek rzeczywisty przedstawia o wiele wyższą wartość aniżeli człowiek „upragniony”, człowiek jakiegokolwiek dotychczasowego ideału: że wszystkie „pragnienia” co do człowieka były niedorzecznym i niebezpiecznym wyuzdaniem, przez które jeden poszczególny gatunek człowieka chciał zawiesić nad ludzkością jako prawo swoje warunki zachowania się i wzrostu; że każde „pragnienie” takiego pochodzenia, doprowadzone do panowania, spychało dotychczas wartość człowieka, jego siłę, jego pewność przyszłości; że mizerota i kanciasta intelektualność człowieka wystawia się na pociski najbardziej i dziś jeszcze wtedy, gdy on pragnie; że zdolność człowieka do ustanawiania wartości dotychczas była zbyt nisko rozwinięta, by uiścić się faktycznej, nie li tylko „pożądanej” wartości człowieka; że ideał był dotychczas siłą, oczerniającą właściwie świat i człowieka, trującym wyziewem nad rzeczywistością, wielkim uwodzeniem do nicości...

III. Filozofia jako wyraz dekadencji

232.

Do krytyki filozofii greckiej. Pojawianie się greckich filozofów, począwszy od Sokratesa, jest symptomatem décadence; instynkty antyhelleńskie biorą górę...

Jeszcze zupełnie helleńskim jest „sofista” — wliczając Anaksagorasa, Demokryta, wielkich jończyków; ale jako formę przejściową. Polis traci swą wiarę w to, że jej kultura jest jedyną, traci wiarę w swoje prawo władcze nad każdą inną polis... Wymienia się kultury, tzn. „bogów”, traci się przy tym wiarę w wyłączny przywilej swego deus autochthonus. Dobro i zło różnego pochodzenia mieszają się: granica między dobrem a złem zaciera się... To jest „sofista”...

„Filozof” natomiast jest reakcjonistą: on chce starej cnoty. Powody upadku widzi on w upadku instytucji, on chce starych instytucji — upadek widzi on w upadku autorytetu: poszukuje on nowych autorytetów (podróże w kraje cudzoziemskie, w literatury obce, w egzotyczne religie...); on chce idealnej polis, potem jak pojęcie „polis” już się przeżyło (mniej więcej tak jak Żydzi trzymali się uporczywie jako naród potem, jak popadli w niewolę). Interesują się oni wszystkimi tyranami: chcą oni przez force majeure przywrócić cnotę do pierwotnego stanu.

Powoli wszystko prawdziwie helleńskie czyni się odpowiedzialnym za upadek (i Platon jest akurat tak niewdzięczny względem Peryklesa, Homera, tragedii, retoryki, jak prorocy względem Dawida i Saula). Upadek w Grecji jest pojmowany jako zarzut przeciwko podstawie helleńskiej kultury: jest to zasadniczy błąd filozofów. Wynik: świat grecki obraca się w niwecz. Przyczyna: Homer, mit, antyczna obyczajność itd.

Antyhelleński rozwój filozoficznego sądu o wartości: sąd Egipcjan („życie po śmierci” jako sąd...); sąd semitów („godność mędrca”); pitagorejczycy, kulty podziemne, milczenie, zagrobowe środki wzbudzania obawy, matematyka: religijna ocena, rodzaj obcowania z kosmiczną całością; sąd kapłański, ascetyczny, transcendentny; dialektyka — myślę, że już w Platonie jest obrzydliwa i pedantyczna dłubanina w pojęciach? Upadek dobrego smaku umysłowego: nie odczuwa się już brzydoty i kłapaniny wszelkiej bezpośredniej dialektyki.