Dwa stany następujące po sobie, jeden „przyczyna”, drugi „skutek”: oto twierdzenie błędne. Stan pierwszy nie ma nic do wywoływania, drugiego nic nie wywołało.

Chodzi o walkę dwóch nierównych pod względem mocy elementów: osiąga się nowe ugrupowanie sił, zależnie od miary mocy każdego. Stan drugi jest czymś z gruntu odmiennym od pierwszego (nie jest jego skutkiem): rzeczą zasadniczą jest to, że czynniki prowadzące walkę osiągają różne ilości mocy.

300.

Fizycy wierzą w „świat prawdziwy” na swój sposób: w jednakową dla wszystkich istot systematyzację atomów w ruchach koniecznych tak, iż dla nich „świat pozorny” redukuje się dla każdej istoty do dostępnej dla niej strony powszechnego i powszechnie koniecznego bytu (dostępnej a także i dostosowanej — uczynionej „subiektywną”). Ale w tym błąkają się oni: atom, taki, jaki został przez nich ustalony, wynaleziony został za pomocą logiki owego perspektywizmu świadomości — tym samym jest i on fikcją podmiotową. Ten obraz świata, który oni narzucają, zgoła nie jest zasadniczo różny od podmiotowego obrazu świata: skonstruowany został tylko za pomocą dalej sięgających zmysłów, lecz bądź co bądź za pomocą naszych zmysłów... I w końcu, nieświadomie, w konstelacji swojej opuścili coś: właśnie konieczny perspektywizm, za pomocą którego każde ognisko siły — i nie tylko człowiek — cały pozostały świat z siebie wyprowadza, tj. niszczy go swoją siłą, dotyka i kształtuje... Zapomnieli zaliczyć do „prawdziwego bytu” tej siły ustanawiającej perspektywy — wyrażając się językiem szkolnym: zapomnieli o własnościach podmiotu. Wyobrażają sobie, że to się „rozwinęło”, przybyło w następstwie — lecz jeszcze chemik potrzebuje go: jest to bowiem byt specyficzny, określa takie lub owakie działanie i reagowanie zależnie od okoliczności.

Perspektywizm jest tylko złożoną formą specyfikacji. Wyobrażam sobie, że każde ciało specyficzne dąży do zapanowania nad całą przestrzenią i rozpostarcia swej siły (swej woli mocy); i do odepchnięcia tego, co jego rozpostarciu się przeciwi. Lecz ustawicznie natyka się na takie same dążenia ciał innych i kończy na układaniu się („łączeniu”) z tymi, które są z nim dostatecznie pokrewne: wtedy łącznie spiskują do osiągnięcia mocy. I proces trwa w ciągu dalszym...

Nie ma nic niezmiennego w chemii, jest to tylko pozór, zwykły przesąd szkolny. Niezmienność zawlekliśmy, moi panowie fizycy, znowu z tejże metafizyki. Jest to całkiem naiwne i powierzchowne twierdzenie, że diament, grafit i węgiel są identyczne. Dlaczego? Tylko dlatego, że za pomocą wagi nie można stwierdzić żadnej straty materii! Zgoda, dzięki temu mają jeszcze coś wspólnego; lecz praca molekularna przy przemianach, których nie możemy ani widzieć, ani ważyć, czyni z materii coś innego — ze specyficznie innymi własnościami.

301.

Punkt widzenia „wartości” jest punktem widzenia warunków zachowania i potęgowania się w stosunku do tworów złożonych ze względną trwałością życia pośród stawania się. Nie ma trwałych jedności ostatecznych, nie ma atomów, nie ma monad (i tutaj także „bytowanie” dopiero przez nas zostało włożone, z praktycznych, pożytkowych, perspektywicznych przyczyn). Istnieją „twory panujące”; sfera opanowujących bezustannie wzrasta lub periodycznie maleje, powiększa się; znajduje się w warunkach przyjaznych lub nieprzyjaznych (odżywiania). „Wartość” jest zasadniczo punktem widzenia dla przyrostu lub ubywania ognisk władających (w każdym razie „wielości”; lecz „jedność” w stającej się przyrodzie zgoła nie istnieje). Środki wyrażania mowy nie są zdatne do wyrażania stawania się: jest to nieodłączną potrzebą naszego zachowania się, że ustawicznie ustanawiamy grubszy świat trwałości, „rzeczy” itd. Względnie wolno wszakże mówić o atomach i monadach: a pewna jest, że świat najmniejszy pod względem trwania jest najtrwalszy... Nie ma woli: istnieją punktacje woli, stale swą moc pomnażające lub tracące.

302.

Pojęcie jedności w psychologii. Przywykliśmy uważać wytwarzanie się niezmiernej ilości form za dające się pogodzić z pochodzeniem od jedności. Moją teorią byłoby: że wola mocy jest prymitywną formą afektu, że wszystkie inne afekty są tylko jej transformacjami; że staje się znacznie jaśniej, jeśli zamiast endemonistycznego „szczęścia” (do którego każde życie ma dążyć) postawimy moc: „dąży do mocy, do przyrostu mocy”; przyjemność jest tylko symptomatem poczucia osiągniętej mocy, świadomością różnicy (zgoła nie dąży się do przyjemności; lecz przyjemność następuje, skoro się osiąga to, do czego się dąży: przyjemność towarzyszy, przyjemność nie jest bodźcem); iż wszelka siła pobudzająca jest wolą mocy, że oprócz niej nie ma żadnej siły fizycznej, dynamicznej lub psychicznej... W naszej nauce, gdzie pojęcie przyczyny i skutku sprowadzone zostało do stosunku równania, w ambicji dowiedzenia, iż z każdej strony jest ta sama ilość siły, brak siły poruszającej: rozważamy tylko rezultaty, uważamy je za równoważne ze względu na zawartość siły...