Wszystko to kwestie siły jedynie: o ile siebie kto narzucić zdoła wbrew warunkom samozachowawczym „społeczeństwa i jego przesądów? Do jakiego stopnia rozpętać musi swoje właściwości zatrważające, od których większość ginie? Jak daleko podąża naprzeciw prawdzie i najwątpliwsze jej strony zdoła brać do serca? Jak daleko naprzeciw cierpieniu, pogardzie siebie, współczuciu, chorobie, występkowi, z wątpliwością, czy nad nimi zapanuje? (Co nas nie gubi, czyni nas silniejszymi...). W końcu: do jakiego stopnia przyznawać względem siebie słuszność prawidłu, pospolitości, drobnostkowości, dobroci, sprawiedliwości natur średnich, bez wulgaryzowania się przy tym?... Najsilniejsza próba charakteru: nie pozwolić się rujnować uwodzicielstwu dobra. Dobro jako zbytek, jako wyrafinowanie, jako występek...

V. Dionizos

459.

Zdobyć wysokość poglądów i rzut oka z lotu ptaka, gdzie się pojmuje, jak wszystko rzeczywiście dzieje się tak, jak się dziać powinno: jak wszelkiego rodzaju „niedoskonałość” i cierpienie z jej powodu społem należy do najwyższych upragnień.

460.

Koło r. 1876 przeraziłem się, widząc skompromitowaną całą moją dotychczasową wolę, kiedy pojąłem, dokąd Wagner zmierza obecnie: a byłem do niego bardzo silnie przywiązany, wszystkimi więzami głębokiej jedności potrzeb, wdzięcznością i absolutnym brakiem tych rzeczy, jaki widziałem przed sobą.

W tym czasie wydawało mi się, że jestem jak gdyby uwięziony, bez nadziei wybawienia, w swej filologii i działalności nauczycielskiej — w przypadku i konieczności mego życia: nie wiedziałem już, jak wyjść z tego, i byłem znużony, wyczerpany, zużyty.

Wtedy też pojąłem, iż instynkt mój zmierza do przeciwieństwa tego, do czego zmierzał instynkt Schopenhauera: do usprawiedliwienia życia, nawet w tym, co jest w nim najstraszliwszego, najbardziej dwuznacznego i najkłamliwszego: do tego celu miałem pod ręką formułę „dionizyjski”.

Iż „rzeczy same w sobie” z konieczności muszą być dobre, błogosławione, prawdziwe, jedne, ku temu interpretacja „samego w sobie” przez Schopenhauera jako woli była krokiem zasadniczym: tylko nie umiał on tej woli przebóstwić: pozostał zawieszony przy ideale moralno-chrześcijańskim. Schopenhauer znajdował się jeszcze tak dalece pod panowaniem wartości chrześcijańskich, iż skoro rzecz sama w sobie przestała być dlań „Bogiem”, musiał ją widzieć złą, głupią, absolutnie potępioną. Nie zrozumiał tego, że mogą być jeszcze nieskończone sposoby bytu innego i nawet bycia Bogiem.

461.