Olbrzymie rozjaśnienie barw, którym iluminuje się tutaj te małe cnoty — jakoby odbicie boskich jakości!

Naturalny cel i pożyteczność każdej cnoty są zasadniczo przemilczane; jest ona cenną tylko ze względu na boskie przykazanie, na boski wzór, tylko ze względu na zagrobowe i duchowne dobra. (Wspaniale: jak gdyby chodziło o „zbawienie duszy”: ale był to środek, żeby z możliwie wielu pięknymi uczuciami tutaj „wytrzymać”.)

118.

To był najzgubniejszy rodzaj obłędu wielkości, jaki dotychczas istniał na ziemi: gdy te kłamliwe, małe, potworne mistyki zaczynają przywłaszczać sobie słowa „Bóg”, „sąd ostateczny”, „prawda”, „miłość”, „mądrość”, „duch święty” i odgraniczać się tym od „świata”, gdy ten rodzaj człowieka zaczyna podług siebie obracać wartości, jak gdyby one były sensem, solą, miarą i wagą całej reszty: należało tedy stawiać im domy dla obłąkanych i nie czynić nic więcej. Że ich prześladowano, to było antyczną głupotą w wielkim stylu: tym samym brano ich zbyt serio, przez to zrobiono z nich rzecz serio.

Cała ta fatalność stała się możliwą przez to, że na świecie był już pokrewny rodzaj obłędu wielkości, obłęd żydowski (skoro raz otwarła się przepaść między żydami a żydami-chrześcijanami, żydzi-chrześcijanie musieli jeszcze raz i to w ostatecznym spotęgowaniu zastosować gwoli własnemu samozachowaniu się procedurę samozachowania się wynalezioną przez instynkt żydowski); a z drugiej strony stała się ona możliwą przez to, że grecka filozofia moralności uczyniła wszystko, by nawet wśród Greków i Rzymian przygotować i zrobić dla nich smacznym fanatyzm moralny... Platon, ten wielki pomost zepsucia, który pierwszy nie chciał zrozumieć natury w moralności, który swoim pojęciem „dobry” już pozbawił wartości bogów greckich, który był już żydowskim — mistycyzmem zarażony (w Egipcie?).

119.

Nie chodzi o to, czy coś jest prawdą, lecz o to, jak działa — absolutny brak intelektualnej prawości. Wszystko jest dobre: kłamstwo, spotwarzanie, najbezwstydniejsze przekręcanie umyślne, jeśli służy do podwyższenia owego stopnia ciepłoty — aż się „uwierzy”.

Formalna szkoła środków uwodzenia na drogę wiary: zasadnicze pogardzanie dziedzinami, z których by mogło wyjść twierdzenie przeciwne — (rozumem, filozofią i mądrością, niedowierzaniem, ostrożnością); bezwstydne wychwalanie i uświetnianie tej nauki przy ustawicznym powoływaniu się na to, że to Bóg ją daje — że apostoł nic nie znaczy — że tu nie ma nic do krytykowania, że tu jeno wierzyć, przyjąć należy; że jest to szczytem nadzwyczajnej łaski i sprzyjania otrzymać taką naukę o zbawieniu; że najgłębsza wdzięczność i pokora są tym stanem, w którym powinno się ją przyjąć...

Ustawicznie spekuluje się na ressentiment62, które ci nisko postawieni żywią względem wszystkiego, co jest w poszanowaniu: iż tę naukę przedstawia im się jako naukę przeciwną mądrości świeckiej, potędze świeckiej, to uwodzi do niej. Ona nakłania odtrąconych i upośledzonych wszelkiego rodzaju; ona obiecuje szczęśliwość, pierwszeństwo, przywilej najmniej pokaźnym i najpokorniejszym; ona fanatyzuje te biedne, małe, nierozsądne głowy do niedorzecznej zarozumiałości, jakoby oni byli sensem i solą ziemi.

Tym wszystkim, powtarzam to, nie można pogardzać dość głęboko: oszczędzamy sobie krytyki tej nauki; wystarcza przyjrzeć się środkom, którymi się posługuje, by wiedzieć, z czym się ma do czynienia. Ona godziła się z cnotą, ona bezczelnie wzięła sobie na swój wyłączny użytek całą fascynacyjną siłę cnoty... ona godziła się z potęgą paradoksu, z potrzebą pieprzu i bezsensu, jaką mają stare cywilizacje; ona otumaniała, ona oburzała, ona pobudzała do prześladowania i do złego traktowania.