Rozumie się, iż takie przeniesienie nie mogło mieć miejsca w klasach panujących: żydzi i chrześcijanie mieli przeciw sobie swoje złe maniery — a to, czym jest moc i namiętność duszy przy złych manierach, to działa odpychająco i budzi niemal obrzydzenie (ja widzę te złe maniery, gdy czytam Nowy Testament). Trzeba było przez nikczemność61 i biedę być spokrewnionym z przemawiającym tutaj typem warstw niższych, by odczuwać to, co jest w tym pociągającego... Jest to próbą, czy ma się trochę klasycznego smaku we krwi, jakie stanowisko się zajmuje względem Nowego Testamentu (jak Tacyt); kto nie jest przy tym wzburzony, kto nie odczuwa przy tym uczciwie i zasadniczo coś z foeda superstitio, coś, z czego cofa się rękę, jak z obawy przed powalaniem się: ten nie wie, co jest klasycznym. „Krzyż” trzeba odczuwać jak Goethe.

115.

Reagowanie ludzi małych. Miłość daje najwyższe uczucie mocy. Należy pojąć, jak dalece przemawia tutaj nie człowiek w ogóle, lecz pewien typ człowieka.

„Jesteśmy boscy w miłości, staniemy się „dziećmi Boga”, Bóg kocha nas i nie chce od nas niczego, jeno miłości”; to znaczy: wszystka moralność, wszelkie posłuszeństwo i działanie nie wytwarzają tego poczucia mocy i wolności, jakie miłość wytwarza — z miłości nie czyni się nic złego, czyni się o wiele więcej, niżby czyniło się gwoli posłuszeństwu i cnocie.

Tutaj szczęście stadne, uczucie wspólności w małym i wielkim, żywe uczucie jedności jest odczute jako suma poczucia życia. Pomaganie i troszczenie się oraz przynoszenie pożytku wzbudzają wciąż uczucie mocy; widoczne powodzenie, wyraz radości podkreślają uczucie mocy; nie brak dumy, że się jest gminą, miejscem zamieszkania Boga, że się jest „wybranym”.

W rzeczy samej człowiek przeżył jeszcze raz alterację osobowości: tym razem swoje uczucie miłości nazwał Bogiem. Trzeba pomyśleć sobie obudzenie się takiego uczucia, rodzaj zachwytu, obcą mowę, pewną „ewangelię” — ta nowość nie pozwoliła człowiekowi przypisać sobie tej miłości: mniemał on, iż Bóg przed nim kroczy i w nim stał się żywy — „Bóg przychodzi do ludzi” — bliźniego transfiguruje się na Boga (ile że w nim uczucie miłości znajduje ujście dla siebie). Jezus jest bliźnim, tak jak tenże został przekształcony w myśli na bóstwo, na przyczynę, wzbudzającą uczucie mocy.

116.

Wcale tego nie lubię w tym Jezusie z Nazaretu lub w jego apostole Pawle, iż tak bardzo przewrócili w głowach małym ludziom, wmawiając w nich, jakoby to było coś ważnego te ich skromne cnoty. Wypadło opłacić to zbyt drogo: albowiem zniesławili oni cenniejsze jakości cnoty i człowieka, zwrócili przeciw sobie złe sumienie i poczucie godności własnej w duszy dostojnej, mężne, wspaniałomyślne, śmiałe, ekscesywne skłonności duszy silnej sprowadzili na manowce, aż do samozniweczenia...

117.

Te małe cnoty zwierzęcia stadnego bynajmniej nie prowadzą do „życia wiecznego”: w ten sposób inscenizować je, a z nimi i siebie samego, może to być bardzo mądre, ale dla tego, kto ma tu jeszcze oczy otwarte, pozostaje to mimo wszystko najśmieszniejszym ze wszystkich widowisk. Zgoła nie zasługuje się na przywilej na ziemi i w niebie, jeśli doszło się do doskonałości małej lubej jagnięcości; w najlepszym razie pozostaje się z tym zawsze jeno małym, lubym, niedorzecznym barankiem z rogami — pod warunkiem, iż nie pęknie się z próżności i nie skompromituje przez rycerskie pozy.