111.
Poganizm — chrześcijanizm. Pogańskim jest przytakiwanie temu, co naturalne, uczucie niewinności w rzeczach naturalnych, „naturalność”. Chrześcijańskim jest zaprzeczanie tego, co naturalne, uczucie niegodziwości w rzeczach naturalnych, przeciwność naturze.
„Niewinnym” jest np. Petroniusz: chrześcijanin w porównaniu z tym szczęśliwcem stracił niewinność raz na zawsze. Ale ponieważ ostatecznie także i chrześcijański status musi być jeno stanem natury, lecz nie wolno mu pojmować siebie takim, więc „chrześcijański” oznacza fałszerstwo, podniesione do zasady psychologicznej interpretacji...
112.
Niewiedza in psychologicis — chrześcijanin nie ma wcale systemu nerwowego; pogarda i samowolna chęć odwracania oczu od wymagań ciała, od odkrycia ciała; założenie, iż tak jest zgodnie z wyższą naturą człowieka — iż duszy koniecznie wychodzi to na dobre; zasadnicza redukcja wszystkich uczuć ciała do moralnych wartości; sama choroba nawet pomyślana jako uwarunkowana przez moralność, na przykład jako kara lub jako doświadczenie lub też jako stan zbawienia, w którym człowiek staje się doskonalszym, niżby nim mógł być w stanie zdrowym (myśl Pascala), w pewnych okolicznościach dobrowolne czynienie się chorym.
113.
Pogardzali oni ciałem: nie brali go wcale w rachubę: więcej jeszcze, traktowali go jak wroga. Ich obłędem było mniemanie, iż można obnosić „piękną duszę” w trupim potworze... Aby uczynić to wiarygodnym i dla innych, musieli oni pojęcie „piękna dusza” inaczej oznaczyć, wartość naturalną przemienić na inną, aż w końcu bladą, chorobliwą, idiotycznie marzycielską istotę odczuwano jako doskonałość, jako „anielską”, jako przemienienie, jako człowieka wyższego.
114.
Rzeczywistością, na której chrześcijaństwo mogło wznosić swą budowlę, była mała żydowska rodzina z epoki diaspory, z jej ciepłem i czułością, z jej w całym państwie rzymskim niesłychaną i może niezrozumianą gotowością pomagania, ręczenia za siebie wzajem, z jej ukrytą i w pokorę przebraną dumą „wybranych”, z jej najwewnętrzniejszym zaprzeczaniem bez zazdrości wszystkiego, co jest górą i co ma blask i moc po swej stronie. Poznanie się na tym, jako na mocy, poznanie tego stanu błogosławionego, jako dającego się udzielić, jako zwodniczego, zaraźliwego nawet dla pogan — jest geniuszem Pawła: skarb energii utajonej, skarb szczęścia mądrego zużytkować w całej pełni do „żydowskiego kościoła o wolniejszym wyznaniu”, całe żydowskie doświadczenie i mistrzostwo w samozachowaniu się gminy pod panowaniem obcym, także i żydowską propagandę — to odgadł on jako swoje zadanie. To, co miał przed sobą, to był właśnie ów absolutnie niepolityczny i na bok usunięty rodzaj małych ludzi: ich sztukę utrzymania się i dopięcia swego, wyhodowaną w pewnej ilości cnót, które wyrażały jedyny sens cnoty („sposób utrzymania i wzmożenia pewnego określonego rodzaju człowieka”).
Z małej żydowskiej gminy pochodzi zasada miłości: jest to namiętniejsza dusza, która żarzy się tutaj pod popiołem pokory i mizeroty: to nie było ani greckie, ani indyjskie, ani nawet germańskie. Pieśń na cześć miłości, którą Paweł napisał, nie jest niczym chrześcijańskim, jest to tylko wybuch wiecznego płomienia semickiego. Jeśli chrześcijanizm uczynił coś istotnego pod względem psychologicznym, to jest tym podwyższenie temperatury duszy u tych ras zimniejszych i wytworniejszych, które wówczas były górą; było to odkrycie, iż najnędzniejsze życie może stać się bogatym i bezcennym przez podwyższenie temperatury...