Przychodzi czas, w którym musimy zapłacić za to, że przez dwa tysiące lat byliśmy chrześcijanami: tracimy środek ciężkości, który pozwalał nam żyć — od dłuższego czasu nie wiemy, co począć. Raptownie rzucamy się w wręcz przeciwne oceny wartości, z tą ilością energii, jaką wytworzyło właśnie takie krańcowe przecenianie człowieka w człowieku.
Teraz wszystko jest na wskroś fałszywe, wszędzie „wyrazy” pomieszane, słabe lub egzaltowane:
a) próbuje się jakiegoś ziemskiego rozwiązania, ale w tym samym sensie, mianowicie w sensie ostatecznego tryumfu prawdy, miłości, sprawiedliwości (socjalizm: „równość osobista”);
b) próbuje się również zachować ideał moralności (pierwszeństwo czynów nieegoistycznych, zaparcia się siebie, zaprzeczenia woli);
c) próbuje się zachować nawet „tamten świat”: chociażby tylko jako antylogiczne x: ale zaraz wykłada się je tak, że można wyciągnąć zeń pewien rodzaj metafizycznej pociechy w starym stylu;
d) próbuje się wyczytać z wydarzeń boskie kierownictwo w starym stylu, porządek rzeczy, który nagradza, karze, wychowuje, wiedzie do lepszego;
e) jak poprzednio, tak i teraz wierzy się w dobro i zło: tak iż zwycięstwo dobra, a pokonanie zła odczuwane jest jako zadanie (to jest angielskie: typowy przykład przedstawia płytka głowa John Stuarta Milla);
f) pogarda dla „naturalności”, żądzy, dla ego: usiłowanie pojmowania nawet najwyższej duchowości i sztuki jako następstwa jakiegoś wyzucia się z osobistości i jako désintéressement:
g) pozwala się kościołowi wciąż jeszcze wciskać się we wszystkie istotne przeżycia i główne punkty w życiu jednostki, aby je uświęcić, nadać im sens wyższy: wciąż jeszcze mamy „państwo chrześcijańskie”, „małżeństwo chrześcijańskie”.