Miarą wartości postępku winny być jego następstwa — powiadają utylitaryści — brać jako miarę postępku jego pochodzenie wikła to w sobie niemożebność, mianowicie niemożliwa jest znać to pochodzenie.

Ale czyż znane są następstwa? Na odległość pięciu kroków może. Któż może powiedzieć, do czego jakiś postępek pobudza, co wzbudza, co przeciw sobie budzi? Jako stimulans? Jako krzesiwo, może dla wybuchowej materii?... Utylitaryści są naiwni... A ostatecznie musielibyśmy wpierw wiedzieć, co jest pożyteczne: tutaj wzrok ich także nie sięga dalej niż na pięć kroków... Nie mają oni żadnego pojęcia o tej wielkiej ekonomii, która nie umie obyć się bez zła.

Nieznane jest pochodzenie, nieznane są następstwa: czyż postępek ma zatem w ogóle jaką wartość?

Zostaje sam postępek: towarzyszące mu objawy w świadomości; „tak” i „nie”, idące w ślad za jego wykonaniem: czyż wartość postępku leży w subiektywnych objawach towarzyszących (znaczyłoby to wartość muzyki mierzyć wedle przyjemności lub nieprzyjemności, jaką nam sprawia... jaką swemu kompozytorowi sprawia...). Postępkowi widocznie towarzyszą uczucia wartości, uczucia mocy, przymusu, niemocy, np. swoboda, lekkość — inaczej mówiąc: czy wartość postępku można by sprowadzić do wartości fizjologicznych, badając, czy jest on wyrazem zupełnego czy też zahamowanego życia? Być może, iż wyraża się w tym jego wartość biologiczna...

A więc jeśli postępek nie da się ocenić ani wedle swego pochodzenia, ani wedle swych następstw, ani wedle towarzyszących mu objawów, to wartość jego jest x, nieznana.

190.

„Człowiek dobry” jako tyran. Ludzkość powtarzała zawsze ten sam błąd: mianowicie — środki do życia czyniła miernikami życia; zamiast znaleźć miernik w najwyższym podniesieniu życia samego, w problemacie wzrostu i wyczerpania — używała ona do wykluczenia wszystkich innych form życia, jednym słowem do krytyki, środków służących do pewnego tylko rodzaju życia. Tzn., że w końcu człowiek lubi środki gwoli im samym i zapomina, że są one środkami: tak że teraz występują one w jego świadomości jako cele, jako mierniki zamiarów.... znaczy to, że pewien gatunek człowieka traktuje warunki swej egzystencji, jako warunki, które powinny być nałożone prawnie, jako „prawda”, „dobro”, „doskonałość”: pewien gatunek człowieka tyranizuje... Jest to forma wiary, instynktu, że jakiś rodzaj człowieka nie pojmuje warunkowości swego rodzaju, swej relatywności w porównaniu z innymi. Przynajmniej zdaje się, że człowiek (lub naród, lub rasa) jest bliskim końca, gdy staje się toleranckim102, gdy przyznaje równe prawa i nie myśli już o tym, żeby być panem.

191.

Jeżeli, powodując się tkwiącym w nas instynktem wspólności, robimy sobie przepisy i zakazujemy pewnych postępków, to zakazujemy, jeśli w tym ma być rozum, nie pewnego rodzaju „bycia”, nie pewnego sposobu „myślenia”, lecz tylko pewnego kierunku i zużytkowania tego „bycia”, tego „sposobu myślenia”. Ale oto swoją drogą przychodzi ideolog cnoty, moralista i powiada: „Bóg patrzy w serca! Cóż z tego, iż wstrzymujecie się od pewnych postępków: mimo to nie jesteście lepsi!”. Odpowiedź: mój panie kłapouchu i cnotliwcze, my bynajmniej nie chcemy być lepsi, jesteśmy bardzo zadowoleni z siebie, my chcemy tylko nie wyrządzać sobie wzajem szkody — i przeto zabraniamy pewnych postępków z pewnego względu, mianowicie ze względu na siebie; natomiast nie wiemy już, jak uszanować te same postępki, jeśli ściągają się one do przeciwników społeczności — na przykład do was, mój panie! My wychowanie naszych dzieci skierowujemy do tych postępków; my je pielęgnujemy na wielką skalę... Gdybyśmy mieli w sobie ów „miły Bogu” radykalizm, który wasza święta naiwność zaleca, gdybyśmy byli dość wielkimi cielętami na to, by przez te postępki potępiać ich źródło, „serce”, tobyśmy potępiali nasze istnienie, a z nim jego naczelny warunek — uczucia, serce, namiętność, którą czcimy z oznakami czci najwyższej. Przez nasz dekret zapobiegamy, by te uczucia nie wybuchły w sposób nieodpowiadający celowi i nie szukały sobie dróg — jesteśmy mądrzy, ustanawiając dla siebie takie prawa, jesteśmy przez to także obyczajni... Nie podejrzewacie, jakie ofiary ponosimy, jak wiele poskromienia, przezwyciężenia siebie, surowości względem siebie potrzeba do tego? Jesteśmy gwałtowni w naszych żądzach, są chwile, w których chcielibyśmy się pożreć... Ale „zmysł społeczny” zapanowywa103 nad nami: proszę zauważyć, że jest to niemal definicja obyczajności.

192.