211.
Na gruncie hańby. — Kto chce ludziom odjąć jakieś wyobrażenie, nie zadowala się zwykle tym, że je obala i wyciąga z niego robaka nielogiczności, który się w nim kryje: raczej, zabiwszy robaka, rzuca i cały owoc w błoto, aby go w oczach ludzi pozbawić uroku i wszczepić wstręt do niego. Sądzi, iż w ten sposób znalazł środek, który czyni niemożliwym tak zwykle obalonym wyobrażeniom „zmartwychwstanie dnia trzeciego”. — Myli się, ponieważ właśnie na gruncie hańby, pośród nieczystości, nasienie wyobrażenia prędko wypuszcza nowe kiełki. — Tedy: nie należy ani wyszydzać, ani plugawić, co się ostatecznie chce usunąć, lecz z całym szacunkiem kłaść na lodzie, wciąż i wciąż na nowo, zważywszy, że wyobrażenia posiadają żywot bardzo uparty. Tutaj należy postępować według maksymy: „raz obalić znaczy tyle, co wcale nie obalać”.
212.
Los moralności. — Ponieważ więzy krępujące umysły luźnieją, z pewnością zmniejsza się moralność (odziedziczony, przekazany, instynktowy sposób postępowania według uczuć moralnych): jednak nie cnoty oddzielne, umiarkowanie, sprawiedliwość, pokój duchowy — albowiem największa wolność ducha prowadzi już do nich mimowolnie i następnie doradza je, jako pożyteczne.
213.
Fanatyk nieufności i jego rękojmia. — Starzec: Chcesz się ważyć na rzecz niezmierną i pouczać ludzi na wielką skalę? Gdzież twoja rękojmia? — Pirron: Oto ona: chcę ostrzec ludzi przed samym sobą, chcę przyznać się publicznie do wszystkich wad mej natury i przed oczami wszystkich obnażyć swoje sądy pośpieszne, sprzeczności i głupstwa. Nie słuchajcie mnie, chcę im rzec, dopóki się nie stanę równy najmniejszemu z was i jeszcze mniejszy niż on; brońcie się przed prawdą, póki możecie, ze wstrętu do tego, kto jest jej rzecznikiem. Będę uwodzicielem i oszustem dla was, dopóki będziecie widzieli we mnie choćby najmniejszy blask zacności i godności. — Starzec: Za wiele obiecujesz, tego ciężaru nie podźwigniesz. — Pirron: Więc też i to chcę ludziom powiedzieć, iż jestem za słaby i nie mogę dotrzymać swej obietnicy. Im większa będzie moja niegodność, tym bardziej będą nie ufać prawdzie, przechodzącej przez moje usta. — Starzec: Chcesz więc być nauczycielem nieufności względem prawdy? — Pirron: Nieufności, jakiej nigdy jeszcze na świecie nie było, nieufności względem wszystkich i każdego, jest to jedyna droga do prawdy. Oko prawe nie powinno ufać lewemu i światło musi przez pewien czas nienawidzić ciemności: to jest droga, którą iść musicie. Nie sądźcie, że was powiedzie ku drzewom owocowym i na piękne błonia. Znajdziecie na niej małe i twarde ziarna — to są prawdy: dziesiątki lat będziecie musieli połykać całe garści kłamstw, żeby z głodu nie pomrzeć: wiedząc nawet, że są to kłamstwa. Owe ziarna jednak będą posiane i zakopane i może, może nastąpi kiedyś dzień sprzętu134: nikt nie ma prawa go obiecywać, jeśli nie jest fanatykiem. — Starzec: Przyjacielu, przyjacielu! I słowa twoje są słowami fanatyka! — Pirron: Masz słuszność! Nieufnym chcę być względem wszystkich słów. — Starzec: Tedy będziesz musiał milczeć. — Pirron: Powiem ludziom, że milczeć muszę i że winni nie dowierzać memu milczeniu. — Starzec: Odstępujesz więc od swego przedsięwzięcia? — Pirron: Raczej — tyś mi dopiero wskazał wrota, przez które iść mam. — Starzec: Nie wiem: rozumiemyż135 my się jeszcze zupełnie? — Pirron: Prawdopodobnie nie. — Starzec: Jeżeli tylko ty siebie rozumiesz zupełnie! — Pirron odwraca się i śmieje się. — Starzec: Ach przyjacielu! Milczeć i śmiać się — jestże to teraz cała twoja filozofia? — Pirron: Nie byłaby jeszcze najgorsza. —