Jaki morał nie nudzi. — Główne przykazania obyczajowe, które lud jakiś wciąż sobie głosić i powtarzać każe, pozostają w zależności od jego zasadniczych błędów i dlatego nie są dlań nudne. Grecy, którym nader często zbywało miary, chłodnej odwagi, poczucia słuszności tudzież w ogóle roztropności, dawali chętnie posłuch czterem cnotom sokratycznym — potrzebowało się ich bowiem tak bardzo, a zgoła żadnych nie miało się do nich zdolności!

166.

Na rozdrożu. — Tfu! Zachciewa się wam systemu, w którym człowiek albo musi być kółkiem, bez żadnych ogródek i zastrzeżeń, albo też sam dostaje się pod koła! Gdzie rozumie się samo przez się, iż każdy jest tym, czym czyjaś łaska uczynić go raczy! Gdzie szukanie „stosunków” do naturalnych zalicza się obowiązków! Gdzie nikogo to nie obraża, gdy słyszy o kimś obcym „kiedyś on może panu się przydać”! Gdzie nikt nie wstydzi się składać wizyt dla uproszenia czyjejś protekcji! Gdzie nie przeczuwa się nawet, iż przez ochoczą uległość względem takich obyczajów spada człowiek raz na zawsze do rzędu pośledniego wyrobu garncarskiego, który każdy zużyć i potłuc może, nie poczuwając się bynajmniej do jakiejś szczególniejszej odpowiedzialności. Gdzie jakby się mówiło: „takich, jak ja nigdy nie brak: bierzcie mnie zatem! Bez ceremonii!”.

167.

Niepomiarkowane hołdy. — Rozmyślając o najbardziej czytanym niemieckim filozofie, o najchętniej słuchanym niemieckim muzyku, jako też o najgłośniejszym niemieckim mężu stanu, zmuszony jestem wyznać sobie: Niemcom, temu ludowi bezwzględnych uczuć, zatruwają obecnie życie ich właśni wielcy ludzie. Po trzykroć powtarza się to samo wspaniałe widowisko: widowisko strumienia we własnym, przez siebie utworzonym korycie, o takiej sile i gwałtowności, że niejednokrotnie zda się, jak gdyby chciał płynąć pod górę. A jednak, chociażby swe uwielbienie posunęło się nie wiedzieć jak daleko; to czyż nie pragnęłoby się być na ogół innego zdania aniżeli Schopenhauer! — I któż mógłby obecnie podzielać zapatrywania Ryszarda Wagnera, w szczegółach i całości? Jakkolwiek jest to snadź107 prawdą, co ktoś powiedział o nim, iż wszędzie, dokąd się zwróci i gdzie się zamierzy, jakiś problemat pod ziemią się skrywa — jednakże nie on dobędzie go na jaw. — Na ostatek, iluż to Niemców z całego serca chciałoby podzielać zdanie Bismarcka, byleby on sam podzielał swe zdanie lub przynajmniej okazywał chęć podzielać je na przyszłość! Wprawdzie: brak zasad, za to popędy zasadnicze, giętki duch w służbie silnych popędów zasadniczych i dlatego właśnie brak zasad — u dyplomaty nic to nadzwyczajnego, owszem powinno by się zdawać rzeczą powszednią i naturalną; cóż, kiedy dotychczas nie licowało najzupełniej z pojęciami niemieckimi! Podobnie jak wrzawa w sprawie muzyki, zgrzyty i niesnaski z powodu muzyka, podobnie wreszcie jak nowe i niezwykle stanowisko, jakie zajął Schopenhauer: mianowicie ani ponad rzeczami, ani na klęczkach przed rzeczami — jedno i drugie mogłoby jeszcze zwać się niemieckim — lecz przeciw rzeczom! Nie do uwierzenia! I nieprzyjemnie! Jakżeż to można postawić się w jednym rzędzie z rzeczami, jednakże jako ich przeciwnik, a w ostateczności jako przeciwnik swój własny! — Co ma począć bezwzględny wielbiciel z takim pierwowzorem! I co w ogóle z takimi trzema pierwowzorami, które nie godzą się wzajem! Oto Schopenhauer jest przeciwnikiem muzyki Wagnera, Wagner przeciwnikiem polityki Bismarcka, zaś Bismarck przeciwnikiem całego wagneryzmu i schopenhaueryzmu! Cóż tedy czynić! Jak dać upust swemu bezwarunkowemu uwielbieniu! A jednak czyżby to nie można z muzyki muzyka wybrać kilkuset muzycznych taktów, co lgną do serca i do których lgnie się też sercem, gdyż mają serce — ujść z tą niewielką zdobyczą, a o pozostałej reszcie — zapomnieć? Postąpić podobnie z filozofem i mężem stanu — wybrać, przygarnąć do serca, o reszcie zaś zapomnieć? Ba, gdyby zapomnienie nie było tak trudne! Był raz pewien dumny człowiek, który wszystko dobre i wszystko złe chciał koniecznie zawdzięczać li sobie samemu: gdy wszakże zapragnął zapomnienia, sam nie mógł dać go sobie, lecz musiał po trzykroć zakląć duchy; przyszły, wysłuchały jego żądań, a w końcu rzekły: „to właśnie nie jest w naszej mocy!”. Czy nie należałoby Niemcom skorzystać z doświadczenia Manfreda? Po cóż dopiero zaklinać duchy! Rzecz to bezpożyteczna, nie zapomina się, gdy chce się zapomnieć. Bo i jakżeż wielka jest ta „reszta”, którą trzeba by zapomnieć owej wielkiej współczesnej trójcy, żeby darzyć ją odtąd bezwzględnym uwielbieniem! O wiele lepiej byłoby skorzystać z nadarzającej się sposobności i spróbować czegoś nowego: mianowicie okazywać więcej rzetelności w stosunku do siebie samych, z narodu łatwowiernego, z narodu zapamiętałych ślepych niechęci stać się ludem oględnym w przyklaskiwaniu i pobłażliwym w zatargach; przede wszystkim zaś pojąć, iż niepomiarkowane hołdy dla osób są śmiesznością, że zmienić pod tym względem swe zdanie nawet dla Niemców nie jest hańbą oraz że istnieje głębokie, godne uwagi powiedzenie: „Ce qui importe, ce ne sont point les personnes: mais les choses108”. Powiedzenie to tchnie wielkością, prawością, prostotą i zwięzłością — podobnie jak twórca jego, Carnot109, żołnierz i republikanin. Czy jednak wolno mówić w ten sposób obecnie do Niemców o Francuzie, i to na domiar o republikaninie? Może nie, a może nawet nie wolno wspomnieć o tym, co niegdyś Niebuhr110 śmiał rzec Niemcom: iż nikt w tym stopniu nie wywarł nań wrażenia prawdziwej wielkości co Carnot.

168.

Pierwowzór. — Co lubię u Tukidydesa, co jest przyczyną, iż stawiam go wyżej od Platona? Wszelka typowość w zdarzeniach i człowieku sprawia mu najrozleglejszą i najszczerszą radość, a każdy typ posiada dlań pewien zasób cennego rozumu: ten rad by odkryć. Celuje większą praktyczną sprawiedliwością aniżeli Plato; nie spotwarza i nie umniejsza ludzi, którzy mu się nie podobali lub dotknęli go czymś boleśnie w życiu. Wręcz przeciwnie: widząc jeno typy, umie zawsze dopatrzyć się czegoś wielkiego we wszystkich rzeczach i ludziach; bo i cóż by poczęła ta potomność, której swe dzieło poświęca, z tym wszystkim, co typowe nie jest! Przedstawia tedy ten myśliciel i znawca ludzi ostatnie wspaniałe kwiecie owej kultury nieoglądającego się na nic znawstwa świata, której poetą był Sofokles, mężem stanu Perykles, lekarzem Hippokrates a przyrodnikiem Demokryt: kultury, co zasługuje nosić miano swych nauczycieli sofistów, i, niestety, od chwili tego chrztu nagle dla nas blednąć i niknąć poczyna — podejrzewamy bowiem, iż wysoce niemoralna musiała być ta kultura, skoro walczył przeciwko niej Plato wraz ze wszystkimi szkołami sokratycznymi! Prawda jest w tej sprawie tak zagmatwana i powikłana, iż wstręt bierze ją rozplątywać: niechaj więc odwieczny błąd (error veritate simplicior) dalej swym dawnym toczy się torem!

169.

Pierwiastek grecki jest nam najzupełniej obcy. — Orientalizm czy modernizm, azjatyzm czy europeizm: wszystkie w stosunku do pierwiastka greckiego odznaczają się masowością tudzież lubowaniem się w wielkich ilościach na wyrażenie wzniosłości: gdy tymczasem w Pestum, Pompei i Atenach, jako też wobec całej architektury greckiej niepodobna wprost wyjść z podziwu, jak niewielkimi masami Grecy coś wzniosłego wypowiedzieć potrafią i wypowiedzieć lubią. A także: jak prostymi w swym wyobrażeniu byli dla siebie w Grecji ludzie! O ileż przewyższamy ich w znajomości ludzi! Lecz zarazem jak zawiłe wydają się dusze nasze oraz nasze wyobrażenia o duszach w porównaniu z ich duszami i ich wyobrażeniami! Gdybyśmy chcieli i śmieli stworzyć architekturę na modłę dusz naszych (za tchórzliwiśmy111 na to!) — to pierwowzorem byłby snadź112 labirynt! Właściwa nam i istotnie wypowiadająca nas muzyka nasuwa to przypuszczenie! (Albowiem w muzyce ludzie puszczają sobie wodzów, gdyż zdaje im się, iż nie ma nikogo, coby pod ich muzyką zdołał dostrzec ich samych).

170.