A niech no zagra, człek się w tan potoczy!...”

Przeciwieństwo z tym Mefistofelesowskim poniżeniem kobiety stanowi hymn „o wiecznej kobiecie”, którym się kończy poemat: kobieta boskie narzędzie Odkupienia. Dziewica-matka, podniesiona do godności królowej niebios, ciągnie Fausta ku sferom wyższym; miłość do Małgosi okazuje się ostatecznie tą spójnią mistyczną, łączącą go z światem wyższym.

Cynizmom Mefistofelesa na temat miłości towarzyszą sarkastyczne uwagi o religii. Religia to wynalazek klechów, ażeby uzyskać władzę nad sumieniem i kieszenią wiernych. Umieją ich też cenić i korzystać z nich kobiety, i dlatego też, łącząc się z klechami, tak się wszędzie trzymają religii; myślą, jak Mefisto, objaśniający troskę Małgosi o wiarę swego Henryka: korzy się, to juścić idzie w nasze ślady. — Przed Panem Bogiem korzy się i Mefistofel, ale poza jego plecami drwi sobie z staruszka, jak, dajmy na to, pokpiwa sobie błazen z króla, któremu służyć musi, a ponad którego czuje się wyższym. Przede wszystkim z gruntu zna ludzi, podczas kiedy „staruszek” w swojej dobrotliwości pozwala się im tumanić i, Bóg wie, czego jeszcze po nich się spodziewa.

Niemniej umie on także zbywać drwinkami popęd poznania i dążenie do prawdy: uwielbiana wiedza jest wynikiem próżności; treścią jej pozór i pusta gadanina. W owej scenie z uczniem, gdzie, ubrawszy się w odzienie Fausta, udaje docenta, umie on o każdym fakultecie niejedno silne wypowiedzieć słowo, zupełnie zresztą w myśl Fausta, znajdującego się w rozterce z wiedzą szkolarską, a pod pewnym względem i po myśli młodego Goethego, który życiem akademickim bynajmniej się nie zachwycał. Wyszydza bezowocność logiki, pustość metafizyki, która na wszystko, co nie da się pomieścić w mózgu ludzkim, wyborne znajduje słowo; urąga nędzy nauki o prawie, gdzie ustawy i prawa czasów przeszłych ciągną się na kształt przewlekłej choroby; wydrwiwa teologię, gdzie ludzie się uczą przysięgać na słowa mistyka, aby w ten sposób wejść do świątyni pewności; a wreszcie kpi sobie z medycyny: cała jej sztuka polega właściwie na tym, że, zbyt wiele nie chodząc w kółko pod względem naukowym, wkradamy się z jako tako pokaźną powierzchownością i z sprytem złodziejskim w łaski kobiet; wówczas skończonym jest się człowiekiem. Co Schopenhauer o filozofii na uniwersytetach, to Mefistofeles o wszelkiej mówi nauce: szarlataneria i hokus-pokus, celem nie prawda, lecz nasycenie głodu i próżności. Uwagi godnym jest zresztą i to, że sam w duchu swoim myśli co do tego punktu nieco inaczej, obawia się tego, co przedrwiwa; właśnie przed tą sceną, zaraz po wyjściu Fausta, mówi za jego plecami:

„Gardź tylko, bracie, wiedzą i rozsądkiem,

Tym siły ludzkiej najwspanialszym wątkiem,

A ja od razu chwycę cię w swe sidła!”

Zna on swojego wroga, prawdę; dlatego właśnie przedstawia ją młodemu człowiekowi jako niemożliwość, wszelkie dążenie ku niej jako płonność. Ale patrząc na rzeczy, jak patrzą inni, możemy z wiedzy swojej mieć korzyści i nazwisko.

Ogółem — tak brzmi jego filozofia — życie jest nikłe i nędzne. Mamidłem i tumanieniem siebie samego są wszystkie te wzniosłe uczucia i myśli górne, którymi filozofowie i poeci przyozdabiają to życie. Nie ma nic wielkiego i trwałego; vanitas, vanitatum vanitas88 oto stosowny napis dla rozdziału historii przyrody: człowiek, dla rozdziału, który próżność człowieka nazwała dziejami świata. Albo czy wreszcie liczysz na sławę pośmiertną? Stojący nad grobem Faust pochlebia sobie, że wieczny będzie wywierał wpływ i że wieczna pozostanie po nim pamięć:

„Ślad dni moich ziemskich