Hamlet jest ścierwem już przed tragedią, a tragedia pokazuje nam tylko róże i osty, które zeń wyrastają.
Geniusz rzuca zwykle cień, jest nim talent. Talent wciska się na jego miejsce, bierze tyle z nowego repertuaru, ile potrzeba, aby być pikantnym, a dodaje tyle ze starego, ile potrzeba, aby nie być cierpkim; ta mieszanina podoba się i ma szczęście. Z biegiem czasu jednak wyjaśnia się prawdziwy stosunek.
Antykwarska strona Rzymu nie ma dla mnie żadnego uroku; nie mogę sobie w myślach odbudować świątyni bóstwa z gruzów po niej pozostałych i obojętne mi jest, czy była istotnie tak wysoka, jak powiadają, skoro i tak nie mogę na nią wstąpić i rozglądać się. Rzym tylko jako całość ma dla mnie znaczenie i najwyższą poezją, jaką stąd zabiorę z sobą, będzie myśl, żem tu był. Ale potężnie działa i działać będzie na mnie zawsze boska przyroda, która otacza ten grób przeszłości, na którym się uwijamy jak robaki, aby wygrzebać dla siebie miarę dla naszej małości. Przede wszystkim ten lazur niebios! Ile razy ku niemu spojrzę, mam dziecięce wrażenie, które niech ubiorę także w dziecięce pojęcie: że z nieba za każdym razem spada płat jedwabiu, w który się moja dusza zawija i odtąd nosi jego barwę.
Słowa nie zawsze oglądają się za myślami, lecz myśli zawsze potrzebują słów. Dlaczego? Bo każde słowo już samo przez się jest myślą, lecz żadna myśl nie jest myślą całkowicie, póki nie znajdzie słów. Jest rzeczą w najwyższym stopniu interesującą porównywać zachowanie się miałkiej głowy, która używa owych słowo-myśli, tak jak one są ostemplowane, z zachowaniem się głębokiego ducha, który posługuje się tym ogólnym środkiem plastycznym tylko dlatego, że nie można go zastąpić żadnym środkiem indywidualnym. Można by mniemać, że płytka głowa jest zabezpieczona przynajmniej przed nonsensem, bo przecież miesza tylko słowa jak karty i nic do nich z siebie nie dodaje, i że natomiast głęboki duch musi się stać zupełnie niezrozumiały, gdyż całe jego usiłowanie zdąża do tego, żeby słowom odebrać ich znaki obiegowe, które są tak wygodne przy kumaniu się ludzi między sobą, i wycisnąć na nich znaki nowe. Atoli nie dzieje się ani to, ani tamto. Słowa są tylko dopóty myślami, póki stoją każde z osobna, ale skoro się je tylko razem zesuwa, natychmiast po zetknięciu przemieniają się, jak zamarznięte kulki rtęci, na powrót w ten nieokreślony, ogólny żywioł, ponad którym unosi się duch, aby zeń stworzyć wizerunek swój i dziejów swoich. Dlatego płytka głowa jest tylko wtedy zabezpieczona przed nonsensem, gdy poprzestaje na recytowaniu słownika, ale już niezupełnie wtedy, gdy na przykład przed słowami: chodzić, tańczyć itd. ośmieli się postawić niewinne: „ja” albo „ty”, chociaż, co prawda, w tej sferze nie naraża się jeszcze tak bardzo i co najwięcej daje słabą swoją sylwetkę, która dopiero w wyższym stadium zamienia się w jasno oświetlony obraz, a w jeszcze wyższym w karykaturę najprzód tego jednego umysłu, a potem człowieka w ogóle. Natomiast głęboki duch jest właśnie tym czynnikiem, na który liczyła mowa, gdy tylko jedną z czterech ścian kostki słowa zaopatrywała w znaczek uchylający pomyłkę, a pozostałych trzech nie oznaczyła. On dopiero daje niezorganizowanemu żywiołowi formę, kształt i prawdziwą treść i właśnie dlatego pod względem zrozumiałości pozostaje do płytkiej głowy w takim stosunku, jak świat do tej nicości, z której — jak mówią — powstał, a która jest niezrozumialsza niż wszystko, ponieważ zagadek nie zadaje, lecz żąda, aby wpierw samą zagadkę odgadnąć, a potem próbować rozwiązania.
O nicości nie można myśleć, nie przydając jej czegoś, przynajmniej nazwy, która z niej już coś czyni i wyłania ją ze sfery rzeczy nie dających się rozróżnić, do której nicość właściwie należy. Mowa dość często musi myśleć coś, co się nie da pomyśleć, albo traktować coś niemożliwego i nieistniejącego jako rzecz możliwą i istniejącą, bo tylko w ten sposób może dać przeciwstawnym pojęciom całkowity wyraz. To jest jedna z najciemniejszych i najważniejszych stron mowy!
Czy obłudą jest tylko wygłaszanie uczuć i myśli, których się nie ma? Czy nie jest także obłudą sztucznie wzbudzać w sobie pewien stan uczuciowy lub duchowy, z którego takie w istocie nieszczere uczucia i myśli wypływają z pozorami prawdy?
Zegary nie są światami; dlatego sztuki à la Lessing nie są dramatami.
Gdy w braku talentów w sztuce zaczną gospodarować ludzie niepowołani, którzy swą niezdolność pokrywają starymi sztuczkami, krytyka codzienna nazywa to: szukaniem nowych dróg. Nikt nie widzi, że jeżeli ktoś do pewnego zadania nie dorósł, najzgrabniej mu to ukryć w ten sposób, że na miejsce tego zadania podsuwa inne, do którego czuje się zdatny.
Czas odrzuca wszystko, czego według jego wiedzy świat rano przed swą zagładą nie będzie już potrzebował. Wie on, jak będzie kiedyś obciążony po przebieżeniu wszystkich stuleci!
Najpiękniej umiera gałąź: łamie się pod ciężarem własnych owoców.