Niczego się tak dziś w poezji nie nadużywa jak porównań; więc z pewnością będzie na czasie ustalić jakąś zasadę właściwego ich stosowania. W tej materii dałoby się nieskończenie wiele powiedzieć; tym razem wskażę tylko na jeden punkt. Każde porównanie wymaga przestanku w myśli, który znosimy nie zawsze i nie z byle jakiego powodu. Gdy nasz duch znajduje się już w stanie najintensywniejszej czynności, gdyż już niecierpliwie chce dotrzeć do celu i cel ten już przeczuwa lub widzi: jakże można spodziewać się po nim dobrowolnego przystanku, jakże wymagać od niego uwagi dla pięknego szczegółu po drodze, szczegółu, który zachwyca spacerowicza, ale dla kuriera jest zupełnie obojętny? Tu więc jest każde porównanie złym, bez względu na to, czym jest samo w sobie. Jeżeli już jednak skłonni jesteśmy do przystanku, to w każdym razie chcemy za to wynagrodzenia, więc jeżeli nadarzy się miejsce stosowne dla porównania, wszystko zależy od tego, czy porównanie jest trafne, i o wiele lepiej jest zostawić lukę, której nikt nie zauważy, niż wypełniać ją niezręcznie. Trafne porównanie zaś jest tylko takie, które nie tylko stoi w stosunku pokrewieństwa do przedmiotu, lecz jest także obfite w relacje uboczne, które, chyżo mknąc, myśl bez niego pominąć by musiała. Porównania, które tylko powtarzają w mowie obrazowej to, co już raz powiedziane zostało, nie dodając nic użytecznego, są zupełnie jałowe, a przeto zbyteczne; i tak już za dużo mamy ich w samej mowie. Tyle ogólnie; zastosowanie do poszczególnych rodzajów poezji jest dość łatwe. Epos ma, zdaniem naszych estetyków, niewątpliwe prawo do bezużytecznych porównań, zatrzymuje się, gdzie mu się podoba, i wymalowuje, co mu się podoba; sądzę jednak, że nieograniczone korzystanie z tego prawa uczyniło epos tak nudnym, i radziłbym epikom, aby tego zaniechali. Liryka, tj. najnowsza liryka, zasadza cały swój spryt na porównywaniu tam i sam różnych rzeczy trywialnych i jest podobna do szyszki jodłowej, której nie można uchwycić, tyle ma kolców; szkoda tylko, że chude myśli nigdy się przenośniami nie utuczą. Co do dramatu, to trzeba jeszcze wziąć w rachubę, że podczas gdy w eposie i w liryce występują przed nami na pierwszy plan opowiadacz i śpiewak, a więc pewne charakterystyczne maski z określonymi przywilejami, w dramacie mamy do czynienia bezpośrednio z nagim człowiekiem, takim, jaki czyni i mówi to, co mu natura każe. Stąd wprawdzie nie wynika dla normy powyżej ustalonej przy dramacie żadna zmiana, przybywa tylko jeszcze większa trudność w jej stosowaniu. Miejsce, w którym poeta dramatyczny odważy się na porównanie, musi się do tego szczególnie nadawać, a porównanie samo musi być tak obfite, ażeby pozwoliło nam zapomnieć nie tylko o przystanku, który w dramacie jest podwójnie dotkliwy, lecz i o tej niezwykłej okoliczności, że ludzie mówią obrazami i snują metafory, które by im w zwykłym życiu nigdy na myśl nie wpadły.

Czy jest to naturalne, gdy złe rymy dobrych utworów, źle zbudowane okresy dobrych książek sprawiają komu ból fizyczny, jak widok pajęczyny w kątach izby? Nie wiem, ale tak jest właśnie ze mną. Nie mogę czytać dalej Hegla już z powodu jego błędów stylistycznych, jeżeli nie mam popełnić samobójstwa — chociaż, co prawda, te błędy mają głębszą przyczynę, która powiększa jeszcze to fatalne wrażenie. Rozpruwa on tkaninę mowy na nowo, przeplata nici inaczej, jak były zadzierzgnięte, i miesza znaki, przestawiając na pozór tylko inaczej pojęcia.

Recenzować z góry lub pagórka stopnie, po których się wstąpiło — to uchodzi w oczach wielu za autobiografię.

Jeżeli mnie dobrze poinformowano, istnieje u katolików wiara, że nikt nie może zginąć, kto uratował jakąś duszę. Jest więc naturalne, że każdy stara się o tę nadzwyczajną zasługę i zamiast pracować nad własną duszą, mozoli się nad cudzą, bo gdyby tylko sam był czysty, jeden człowiek tylko dostąpiłby raju, gdy zaś troszczy się o swego bliźniego, to bądź co bądź dostanie się ich tam dwóch. Zdaje mi się, że ta wiara katolicka, iż potrzeba drugiego myć, aby samemu być białym, ma źródło w ogólnych popędach ludzkiej natury. Utrzymujemy sobie w jednym z naszych przyjaciół moralnego pupila, któremu nie przebaczamy najmniejszego przewinienia przeciw prawu moralnemu, nie pozwalamy na żadne wykolejenie, a gdy ów pupil odważy się naśladować nas choćby w drobiazgach, bierzemy go zaraz za głowę i wieszamy, aby Bóg i świat widzieli, jak poważnie sprawę traktujemy. Jeśli nam zaś brak przyjaciół, obsadzamy tę posadę nawet wrogiem i kamienując go, udowadniamy, że wara mu wprawdzie od chleba powszedniego, ale za to życzymy mu szczęśliwości niebieskiej. Takiego przyjaciela miałem w J.

Da się psychologicznie wytłumaczyć, dlaczego wśród oburzenia i gniewu szczytem postponujących epitetów jest zwykle słowo „człowiek”, na którym wypoczywamy, nie mając już nic więcej do powiedzenia. Nazywając kogo łajdakiem, nie czynimy zeń jeszcze osła; nazywając go osłem, nie robimy zeń łajdaka; żadna obelga nie obejmuje wszystkich negacji na raz, a przecież nie chciałoby się zostawić mu nic pozytywnego. Wtedy największy ferwor wpada na wyrażenie „człowiek”, które zastosowane w tak nagi, ogólnikowy sposób do określonej jednostki orzeka niejako, że w tej jednostce, wyjąwszy to, że należy do rodzaju ludzkiego, nie ma już nic ludzkiego, w ogóle nic, co by ją odróżniało od zera.

Kiedy dusza człowieka wżyje się całkiem w Chrystusa? Skoro jego ciało wrośnie w Apollina Belwederskiego.

Pierwszy człowiek mógł ze strachu przed śmiercią popełnić samobójstwo.

Pies chodzi z człowiekiem piętnaście lat, ale nie wpadnie mu na myśl popełnić samobójstwo. Tak samo duchowy motłoch z duchowymi wielkościami.

W człowieku spotykają się wszystkie żywioły i kolejno się krytykują; na tym polega jego życie.

Powinniśmy krytykować tylko czynami; w czynach możemy być bezwarunkowo szczerymi nie raniąc nikogo, w słowach — z trudnością.