Dmą się bez końca bałwany w powietrze

I jakby gromem bijąc zawierucha,

Z czarnej zatoki straszny wał wybucha.

I oto z ciemnych nurtów topieliska

Coś się wybija bielszego od śniegu,

Wywija ramię, jasnym grzbietem łyska

I co ma siły porze10 się do brzegu.

Aż to on! Puchar trzyma w lewej dłoni,

Już nim wywija, wyskakuje z toni.

Oddycha długo, oddycha głęboko,