On wzdycha, płacze i klęka na brzegu,

Podnosi ręce do pana nad pany:

„Jowiszu6, poskrom szalone bałwany!

Czas spieszy, słońce w południowym biegu,

A jak się spuści w morze do noclegu

I miasta moje nie osiągną kroki,

Zginie kochany przyjaciel bez zwłoki”.

Lecz strumień rośnie coraz bardziej wzdęty,

Tłuką się fale, jedna drugą rodzi,

A tak godzina po godzinie schodzi;