Nie, kochany Walterze! nie patrz na mnie, nie zgrzytaj tak gorzko zębami. Chodź — niech moim przykładem umierającą odwagę w duszy twej ożywię. Pozwól mi tej chwili być bohaterką, uciekającego syna ojcu powrócić — wyrzec się związku, który podstawy obywatelskiego podkopuje świata i wali wiekuisty porządek do szczętu. Jestem występną, bo zuchwałe, szalone chęci w piersi mej nosiłam — moje nieszczęście będzie mi karą — pozwól mi więc tym słodkim, pochlebnym cieszyć się złudzeniem, żem dobrowolną ofiarę poniosła. Czy mi tej wielkiej rozkoszy odmówisz?
FERDYNAND
w wściekłości i roztargnieniu porwał wiolonczelę — próbował kilka tonów wydać — w tej chwili zrywa struny, gruchocze instrument i w głośny śmiech wpada.
LUDWIKA
Walterze! Boże na niebie! — Co to znaczy. Upamiętaj się. Stałości wymaga ta godzina — godzina rozstania. Ty masz odwagę, Walterze kochany! Ja znam cię. Wrząca jak życie jest twoja miłość i bez granic jak nieskończoność. Daj ją szlachetniejszej, godniejszej kobiecie, a ona najszczęśliwszym płci swojej zazdrościć nie będzie. Tłumiąc łzy. Mnie już nie obaczysz. Próżna, oszukana dziewczyna przepłacze żałość swoją w samotnych murach. Nikt o jej łzy troszczyć się nie będzie — pustą i umarłą jest moja przyszłość — ale w wspomnieniach wonieć mi będą zwiędłe kwiaty przeszłości. z odwróconą twarzą drżącą dłoń mu podając Bądź zdrów — panie Walterze!
FERDYNAND
ocucając się z zamyślenia
Ja uciekam, Ludwiko! Czy istotnie nie chcesz iść za mną?
LUDWIKA
oddalona w głębi pokoju twarz obiema rękami zasłaniając