LUDWIKA

Przez Boga, przez strasznego i sprawiedliwego Boga — pisałam.

FERDYNAND

po chwili z wyrazem najżywszej boleści

Kobieto! Kobieto! Z tą twarzą, w której stoisz przede mną, gdybyś raje rozdawała, w krainie nawet potępienia nie znajdziesz nabywcy. Wiesz ty, czymeś mi była, Ludwiko? Niepodobieństwo — nie, ty nie wiesz, żeś mi wszystkim była. Wszystkim! Nędzne i ubogie słowo — a wieczność zaledwie obejść go zdoła. W tym słowie biegi światów kończą drogę swoją. Wszystkim! I tak zuchwale grać z tym wielkim słowem? — okropnie!

LUDWIKA

Masz moje wyznanie, panie Walterze. Potępiłam siebie — idź więc, opuść ten dom, gdzie tyle nieszczęścia doznałeś.

FERDYNAND

Dobrze! Dobrze! — Już jestem spokojny. Mówią, że i kraj spokojny, po którym przeszła zaraza — taki ja spokojny! Po chwili. Jeszcze jedna prośba, Ludwiko — ostatnia! Głowę moją pali gorączka — trzeba mi ochłody. Przyrządź mi, jeżeli wola, szklankę limonady.

Ludwika odchodzi.