FERDYNAND

odpychając ją

Precz, precz te oczy czułe, mógłbym jeszcze upaść. Przyjdź, wężu, w strasznej swojej postaci; skacz na mnie, gadzie! Wytężaj przede mną skrzypiące stawy, pnij łeb swój do góry — ukaż się przerażająco, jak cię przepaść widziała — ale anioła nie udawaj, anioła nie przybieraj już postaci — za późno — zdeptać cię muszę jak jaszczurkę albo zrozpaczać. Zlituj się nad sobą.

LUDWIKA

Och! Czemuż tak daleko zajść musiało?

FERDYNAND

z boku na nią spoglądając

To piękne dzieło niebieskiego rzeźbiarza — któż by uwierzył — któż by mógł uwierzyć? Biorąc jej rękę i wznosząc do góry Nie chcę cię, Boże, Stwórco nasz, obwiniać. — Ale dlaczego truciznę kładziesz w tak piękne naczynie? Jak zbrodnia może przebywać w tej strefie nieba łagodnej? — O! Dziwne przeznaczenie!

LUDWIKA

To słyszeć — i milczeć!