FERDYNAND
A jej głos słodki i melodyjny — jakże tyle harmonii z porwanych strun dobywać można? Z okiem upojenia spoglądając na nią. Wszystko tak piękne, tak kształtne, tak bosko doskonałe! Wszędzie dzieło pasterskich godzin Boga widoczne. Zdaje się, jakby świat tylko powstał na to, żeby Stwórcę tym jego arcydziełem rozweselić! — W duszy się tylko Bóg pomylił! Czy podobna, aby ten wyrodek w naturze bezkarnie się ukazał? Opuszczając ją. Albo może widział on spod dłuta swego wychodzące rysy anioła i pomyłce żeby zapobiec, szatańskie serce rzucił do jej łona?
LUDWIKA
O, zbrodnicza zarozumiałości! Zamiast wyznać porywczość twojego sądu, na niebo uderzasz.
FERDYNAND
z płaczem rzucając się jej na szyję
Jeszcze raz, Ludwiko! — jak na dniu pierwszym naszych pocałunków — gdyś nieśmiało imię Ferdynanda wymawiała i na ognistych ustach twoich pierwszy raz wyraz ty zabrzmiał. Wtenczas ziarno nieskończonych, niewysłowionych uciech w pełnym się kłosie do nas uśmiechało. Wieczność jak dzień majowy świeciła oczom naszym, złote stulata jak oblubienice skacząc, migały we wzroku dusz naszych. O, jakże w tej chwili ja byłem szczęśliwy! Ludwiko! Ludwiko! Na coś to uczyniła?
LUDWIKA
Płacz, płacz Walterze! — boleść twoja będzie sprawiedliwszą niźli zagniewanie.