Mylisz się — to łzy nie moje, to nie ta ciepła, ta rozkoszna rosa, co balsamem spływa po zranionej duszy i koło uczucia obraca na nowo, to tylko jednotne, zimne krople z oczu — ostatnie pożegnanie mojej miłości. — To łzy na twoją duszę, Ludwiko! — łzy na bóstwo, które nieskończonej dobroci w tobie chybiło, najwspanialsze arcydzieło swoje dobrowolnie zwichnęło. Sądem moim cała natura powinna żałobę nałożyć, przerażoną być wypadkiem, który wpośród niej zaszedł. Nic dziwnego, że człowiek upada, że raj traci grzechem — ale gdy zaraza morowa aniołów nieba dotyka, niech cała natura płaczem i zgrzytaniem zębów odezwie się do Boga.
LUDWIKA
Nie przyprowadzaj mnie do ostateczności, Walterze! I ja mam moc duszy — ale ludzką tylko mogę próbę wytrzymać. Walterze! To słowo tylko, a potem rozdział... Los okropny pomieszał serc naszych rozmowę. Gdybym ja mogła usta otworzyć, Walterze! odkryłabym rzeczy — rzeczy. — Ale straszne przeznaczenie związało mój język i miłość moją. — Milczeć muszę, Walterze, gdy mnie pospolitą rozpustnicą nazywasz.
FERDYNAND
Czy jeszcze ci dobrze, Ludwiko?
LUDWIKA
Do czego to pytanie?
FERDYNAND
Przykro by mi było z kłamstwem cię wyprawiać.