Myślała, że się obrazi, ale on roześmiał się, zjadł kanapkę i odpowiedział:

— Te panie nie są tak jak pani wybredne.

Rena z niewysłowionym niesmakiem potoczyła wzrok dokoła. Zanurzona w rozmowę z Halskim, nie zauważyła, jakie „kolacja” uczyniła w erotycznym kierunku postępy.

Panie piły od samego początku szampana, racząc się w obrzydliwy i niepomiarkowany sposób tym fałszywym trunkiem. Powoli ordynarność wina, które chłonęły, jego zdemokratyzowanie się, zapoczątkowane przez żydowskich komiwojażerów i koszlawe szansonetki — jakby weszło w krew tych kobiet. Mężczyźni bowiem, przywykli do picia tego brzydactwa, pozostali sobą.

W kobietach jednak przez wszystkie pory przejawiła się trywialność natury sztucznego podniecenia kobiety. Śladu tam nie było namiętności o wielkiej, olbrzymiej sile i linji, która usprawiedliwia nawet zbrodnie — nawet występki...

Tam była szpetota płaska, łażąca po bagienkach małych dreszczyków i duszonych westchnień. Nie było to upojenie dziewki, tonącej w świeżo skoszonym pęku trawy, której woń zawrotna więdnącego kwiecia dyszy na nią całą siłą natury, lecz pisk łaskotanej dziewczyny, którą parobek upoił kieliszkiem wódki i ma za to prawo bezcześcić szpetotą brzydkich gestów.

Rena była trzeźwa — nie piła wcale, nie wysączyła jednego kieliszka. Od samego początku odepchnęła od siebie Alego, który pragnął ją skłonić do przyjęcia udziału w ogólnej pijatyce. Obrażony chłopak poszedł schronić się do drugiego boku uświadomionej panny, która tę część swej indywidualności miała na razie niezajętą. Ottowicz bowiem, jako człowiek muzykalny, uznał za stosowne, iż od bażantów z sałatą począwszy, należy, aby w gabinecie było trochę „muzyki”. Rozpoczęła się serja powolnych walców, szpetnych i Wiedniem nasiąkniętych po to, aby skończyć się na Solfegietto Bacha i przejść w Rondeau Cooperina. Nikt nie wiedział, co Ottowicz gra. To było obojętne. Był to jeden dźwięk więcej, dla nich i wszystkich zupełnie niezrozumiały.

Przypuszczalnie, na razie i dla samego wykonawcy, który wykonywał te drobne arcydzieła zamierzchłych, czarujących czasów z papierosem w ustach i kieliszkiem szampana, czekającym na pianinie.

— One są obrzydliwe! — wyrzekła nagle Rena.

Halski się obruszył: