— Boże, uchroń mnie od poznania tej kultury! — wołał, czując poparcie i sympatję wszystkich kobiet, garnących się myślą ku jego rozkwitłej młodości.
Z wyjątkiem Reny.
Ta czuła się samotna i milczała. Oparła głowę na przerzuconych rękach i miała w sobie czar i linję rzuconych na płótno wężowych kobiet Boldiniego. Nogi jej, skrzyżowane, odsłaniały się do pół łydki i były smukłe, cudne i wabne. Odziane w jedwabne, krepowe pończoszki, półbuciki o wysokich obcasach Louis XV. i dużych, czarnych kokardach, z ośrodkiem klamerek z simili brylantów — żyła osobnem życiem, wyczekującem i spragnionem. Rena odsłoniła je gestem swym bezwiednie, lecz natychmiast poczuła na nich wzrok Halskiego, którym wpił się w cienką tkaninę krepy i palił ją.
Gorzkie uczucie żalu przepoiło ją całą.
— Więc tylko tak! — pomyślała — tylko ohydą drobnych, drażniących środków mogę doprowadzić go do celu!
Nie poruszyła się z miejsca. Zdawała się zapadać w senność.
Ale czuwała...
Lecz oto do jej stóp przypełzała młodość Alego.
— Lala cacana!... — zawyrokował tonem pieszczocha — jakie ma pończoszki.
Już od stołu porwał się redaktor, który musiał mieć na razie dosyć korpulentnych wdzięków Weychertowej.