Przyniesiono jej płaszcz. Zrobiło się zamieszanie. Usprawiedliwiała się bólem głowy. Gdy posunęła się ku drzwiom wejściowym, ogarnęła wzrokiem ten teren, na którym stawiała kartę swego życia.
Brudna, cuchnąca stancja, z rozklekotanem pianinem, wypełniona półnagą półrozpustą. Uczuła, że jest za rosłą, za piękną, za doskonale czującą, aby tu mogła sprezentować swe powaby odpowiednio. I ogarnął ją żal, że przegrała stawkę. Chciała się zrehabilitować. W jednej chwili błysnęła jej myśl, którą wprowadziła w czyn. Wysnuła ją ze słów Ottowicza:
— Pani odchodzi, a wszyscy w tym tygodniu się rozjeżdżamy! Kiedy się zobaczymy?...
— Przyjdźcie wszyscy do mnie jutro, jutro wieczorem... Czy chcecie?
Przyjęli okrzykami radości.
— Ależ naturalnie. Przyjdą wszyscy.
Oczami poszukała Halskiego. Stał spokojnie na drugim końcu pokoju przy pianinie i zapalał papierosa. Zaczęła zwracać się kolejno do wszystkich.
— I pan, redaktorze, i pan, panie pośle, i ty, Janko, i pan... panie profesorze!...
Skłonił się zdaleka.
Chciała nalegać, otrzymać zapewnienie, lecz oto Ali stał we drzwiach.