Coś, jakby krzyk, jakby łkanie, wydarło się jej z piersi. — Niewiadomo, czy był to jęk rozpaczy, czy krzyk triumfu zwycięzcy.
Porwała się i równocześnie, gdy stanęła na ziemi, odzyskała całą już i zupełną równowagę. — Owinęła się w szlafrok, ale tak umiejętnie, że przez delikatną jedwabną osłonę wydawała się jeszcze bardziej nagą niż poprzednio. — Z całą godnością znieważonej burżuazki przeszła na drugą stronę pokoju.
— Pan daruje, panie profesorze! — wyrzekła drewnianym głosem — ale nie wszystkie kobiety są do siebie podobne.
Pobiegł za nią. — Pochwycił ją tak, że rozdarł na niej peniuar.
— O!... Nie napróżno pozwoliłaś mi upić się zapachem twego ciała... — charczał — tak się nie skończy.
Ona wydarła mu się z rąk.
— Nie skończy się nic, bo się nic nie zaczęło — odpowiedziała.
— Omdlewałaś mi w ręku.
Mówiąc to czuł, że popełnia nietakt. — Panujący i kobiety nie lubią, gdy się je chwyta na gorącym uczynku chwilowej abnegacji. — Rena zmarszczyła brwi gniewnie.
— Tak źle nie było! — odrzuciła.