Uczuł teraz swój błąd. Lecz poprostu sam wysuwał się sobie z ręki. — Ta kobieta, tak silnie uzbrojona w przesądy ogólno ludzkiej moralności, derutowała go. — Rzucił jej więc, jak obelgę.
— Nie jesteś kobietą...
Oglądając podarte koronki peniuaru, odparła:
— Przeciwnie. Jestem kobietą, ale uczciwą... Ten rodzaj panu nieznany. Najlepszy dowód, iż nie uznajesz nawet małżeństwa...
Padło znów to słowo i wywołało jakieś ciężkie uczucie niesmaku. — Co więcej, odrazu sprowadziło ich dwoje z roli pożądających się kochanków — do roli nawzajem zastawiających na siebie sieci wrogów.
— Wytłumaczę pani, dlaczego nie uznaję małżeństwa! — odpowiedział, chłodnąc powoli.
— Oto dlatego, że nie znam kobiety godnej wysokiego miana żony...
Drgnęła cała i wpiła w niego wzrok roziskrzony...
— Tak — ciągnął dalej — są wprawdzie młode panny. Ale ich nieskazitelność jest musowa — jak zakonnic, zamkniętych za kratami, lub owych słynnych żon, przystrojonych w średnich wiekach w owe hermetyczne ceinture de chasteté. Nieskazitelność ta zatem niema waloru. W inne kobiety nie wierzę...
Drżała cała z oburzenia.