— Pani źle wybrała z grzechów głównych — wyrzekł wreszcie — bo Pychę — są tam o wiele milsze grzechy.
Zaczęła śmiać się dwornie.
— Zostawiam je Panu!
— Wolę grzeszyć rozkosznie — podjął tym samym tonem.
— Och! Znów rozkosz? Rozkosz!... — gardziła ironicznie. — Z przed dwudziestu laty wyszłe z mody efekta.
Wziął w rękę kapelusz jak grzeczny pan, który jest „na wizycie”.
— Co piękne i podstawowe, nigdy z mody nie wyjdzie. Kwiaty mają zawsze tę samą woń, burza tę samą grozę tragicznego piękna, westchnienia miłosne ten sam dźwięk. — Voilà!...
Patrzyła nań wyzywająco, on wzrok ten pochwycił.
— Co najsmutniejsze! — wyrzekł — to to, iż pani zdaje się, że pani triumfuje.
Czuła, że bronić się musi.