Wzruszyła ramionami.
— Być może. Ale to ma w sobie coś niezwykłego. Podczas gdy owo „szczęście” spotka Pan w każdym kabarecie.
Tyle było w niej w tej chwili pogardy, iż prawie miała nad nim przewagę.
— I ręczę Panu, że Fryne... — ciągnęła — raczyła także dyskusją swych kochanków.
— Być może, ale Fryne potrafiła urozmaicać gdakania dyskusyjne...
Ukłoniła mu się bardzo po wersalsku.
— Żałuję... ale to przechodzi moje środki.
Jakaś dziwna zmiana oświetlenia, coś jakby niepokojącego zaczęło się przedzierać przez koronki firanek.
Ukazała mu okno.
— A więc nie dobrej nocy! Ale dnia dobrego!...