Patrzył na nią już spokojnie i prawie lekceważąco.
— Odchodzę! — uspokoił ją — muszę pani powiedzieć, że zaimponowała mi pani — i wyrazić żal, że ja pani nie mogłem zaimponować.
Zrozumiała bezwstydną aluzję i odczuła, że w ten sposób chciał dać jej do poznania, że oporem swoim nie zyskała jego szacunku.
I ta drobna, podła zemsta nad bezbronną jej wrażliwością przygniotła ją.
Był już przy drzwiach, spokojny — correct, a wydawał się jej w tej chwili znów bezczelnie piękny.
— I nie będzie mi to już dane... — ciągnął, akcentując coraz więcej swoją ironię — bo wyznaję, że cnotę mogę podziwiać zdaleka — ale nie ma ona dla mnie siły pociągającej! Madame!... j’ai l’honneur!
Banalnie, elastycznie opuścił salon.
Za chwilę Rena posłyszała zamykające się drzwi wchodowe — następnie otwarcie bramy — powrót do mieszkania pokojowej, jej wejście do pokoju służby.
I zapadła wielka, bezbrzeżna cisza.
*