Rena zbliżyła się do sofy, na której leżała przed chwilą. Poduszki jeszcze zachowały odcisk jej ciała. Padła w tej samej pozie, w jakiej leżała poprzednio. — Zamknęła oczy i zasłuchała się w wewnętrzny głos swej istoty. Chciała gwałtem wydobyć ze siebie zadowolenie ze swego pysznego postępku. — Była nad przepaścią i pozostała znów bez skazy i przedziwnie według siebie doskonałą.
Lecz mimo tych usiłowań — powstawały w niej zupełnie inne wspomnienia i echa. — Nie była już w posiadaniu całej swej istoty. Wypełzały ku jej stopom, jej piersiom, jej szyi, jakieś niewidzialne, drżące usta i te zagarniały ją całą. — Nigdy nie wiedziała, co ma za znaczenie tego rodzaju senzacja. Dziś odgadywała... lecz całą resztą mocy odpędzała to odgadnięcie od siebie.
— Precz!... — szeptała — precz!...
*
Świt słał pod jej stopy delikatną, miłosną jasność...
VII
Po długim, ciężkim śnie zbudziła się Rena.
Pierwsze uczucie jej było dziwne.
Jakby ktoś pochwycił ją żelaznemi szponami za serce i zdławił. Obejrzała się dokoła. Wszystko było to samo, codzienne, niezmienione.
A przecież pomiędzy nią a tą miłą powszedniością stanęła jakaś przeszkoda.