Zapadł jakiś welon — jakby gazy — i przysłonił wszystko.
Mimo to zajęła się gorliwie „domem” i drobiazgowością życia codziennego.
Jak mała furja domowa, tak liczyła pilnie ilość szklanek, kieliszków i srebra, które pokojowa składała do kredensu. Własnemi rękami wstawiała do serwantki prześliczne empirowe solniczki, które miały w sobie jakiś rzadki wdzięk w legendę przechodzących czasów.
Nagle zadźwięczał dzwonek.
Pokojowa powróciła.
— Pan adwokat!
Rena wpadła do sypialni, nałogowo upudrowała się, ukarminowała usta, natarła się perfumami. Za chwilę wchodziła do salonu, wyniosła i niedostępna, jakby ta, która raczej rosą myła kwiaty, a nie skrzętnie oglądała klingi nożów, czy niema na nich plamy.
— Co mi pana sprowadza?
Bełkotał coś, nagle zaskoczony tą obecnością kobiety w szlafroku, z włosami ledwo spiętemi na karku i wonnej jeszcze od snu. Przytem po raz pierwszy był w jej mieszkaniu. Masy kwiatów, zalegających sprzęty, porozrzucane poduszki, nieład dziwny i suggestji pełen, mieszał jego naiwną duszkę porządnego i solidnego człowieka.
Mimowoli spojrzał na zegar, który wskazywał pierwszą. Wzrok Reny pobiegł za jego wzrokiem.