— Nie, nie... nie przyszedłeś pan za wcześnie! — zaczęła sama, nie wiedząc dlaczego nadzwyczaj serdecznie. — Wczoraj było u mnie kilka przyjaznych mi osób, stąd ten nieład...
— Proszę mi wierzyć, iż tylko ważna okoliczność...
— Ależ... usiądź pan.
Usiadł — i ona nagle przypomniała sobie, iż rozpoczęła z nim przed paru tygodniami z nudów grę dramatycznej kokieterji. Ponieważ obecnie musiała powrócić do dawnego trybu życia, należało podjąć znów tę kokieterję, jak coś należącego do programu życiowego. Ale uczuła się nagle wystygłą i zmrożoną. — Niemniej przeto przybrała pozę i mimowoli już enigmatyczny uśmiech wykwitł na jej ustach.
— Pani zdrowa? — zapytała, bawiąc się kiścią rododendronów.
Skłonił się w milczeniu.
Miała ochotę zapytać go — à quand le baptême? ale zdławiła w sobie tę niedyskrecję razem z szaloną żądzą śmiechu, która ją ogarniała.
On patrzył na nią zamglonemi oczkami, w których grał jakiś ukrywany sentyment.
— Będziemy musieli poraz wtóry stawać w konsystorzu.
— Jeszcze?