— Tak! Tak! — dodała jakby sennie Weychertowa — to może i lepiej. Nauczyłaś go rozumu za nas wszystkie...

— Jakto za was wszystkie? Czy i ty?

Weychertowa broniła się miękko.

— Ja? Cóż znowu! Mówię wogóle o kobietach. Zresztą... ten pan i do mnie czuł zapały...

Jak na sprężynach, panna uświadomiona zwróciła się ku niej.

— I cóż? Oparłaś mu się? Rzucił się na ciebie także?

— Nie! — odparła Weychertowa, kłamiąc z całą bezczelnością. — Na mnie się rzucić nie śmiał!

Płomienie oblały Renę. — To kłamstwo, odziane w dodatku w bezczelne szyderstwo, zraniło ją. Chciała odpowiedzieć coś brutalnego, ale przerwał jej żałosny głos Janki, tarzającej się po dywanie.

— Na mnie się nikt nie rzucał.

— Przyjdzie i to! — uspakajała ją Weychertowa.