— Kiedy? Przecież idę za mąż!

Rena odzyskała panowanie nad sobą.

— Właśnie — kiedy pójdziesz za mąż.

Przyczyniło się do opamiętania Reny wsunięcie się do pokoju najmłodszego dziecka Weychertów. Było brzydkie, miało krzywe nogi i źle było ubrane. Nie usprawiedliwiało swej obecności w salonie, nawet takim, jak ten, w którym trochę rezedy i bławatków gniło w jakimś lanym wazoniku szklanym, a meble w rodzaju mebli, strojących poczekalnie dentystów, zdawały się wstydzić swej szpetoty, pokrywając się szarym welonem dawno nie ścieranego kurzu.

Dziecko przypełzało do matki i zaczęło ocierać swe zamorusane ręce o biały batyst szlafroka.

— Daj mi spokój! — ofuknęła je Weychertowa.

Dziecko zaczęło się mazać, jak to czynią dzieci „niższej klasy”, bez łez, jedynie dla potrzeby zajmowania sobą uwagi.

— Wynoś się stąd! — krzyknęła słodko dama.

Dziecko uderzyło w jeszcze większy płacz.

— Niańka! — wrzasnęła Weychertowa.