Z głębi mieszkania doleciał tupot bosych nóg.
Na Renę te tajniki macierzyńsko-domowe działały w sposób wysoce niemiły. Jednak z jakąś pasją nurzała się teraz w tej atmosferze.
— Oto — myślała — co wystarcza takiemu Halskiemu. Nie twoje rododendrony, Ropsy i plecy Imperji. Patrz się, ażebyś wiedziała, z kim miałaś do czynienia. Szeroki biust Weychertowej kryje szpetotę otoczenia.
Dziecko wrzeszczało coraz głośniej.
Panna uświadomiona porwała się, zatykając uszy.
— A! A! Nie mogę tego znieść!
— Rzeczywiście! Ta mała jest nieznośna! — odezwała się Weychertowa. — Ale to wina niańki. Czemu ją wpuszcza? Ale to jest niepodobieństwo dostać porządną sługę. To już trzecia w tym miesiącu...
Rena powstała.
Dyskusja dalsza groziła objęciem terenu służbowego. To już było nad jej siły. Dziecko wrzeszczące wydało jej się nagle podobne do Halskiego. Wstręt jej wzmógł się. Taki bękart, podrzucony w cudze gniazdo, napawał ją pogardą i gniewem.
— To komplet! — pomyślała z największą goryczą.