— Że mu pozwoliłaś odwiedzić żonę.
Weychertowa przybrała pobożną minę.
— Spełniam mój obowiązek względem tej biednej kobiety. Czuwam, ażeby jej nie stała się żadna krzywda. — Zawiózł jej kapelusz i lekarstwo, które mi bardzo pomogło na kaszel.
— Jesteś aniołem!
— Ach nie! Nie mogłabym tylko znieść, aby z mego powodu cierpiała kobieta.
Uświadomiona panna, przypinająca w tej chwili do rozwianych włosów coś nakształt tureckiego feza, ozdobionego dwoma rogami, przytakiwała gorąco.
— Tak być powinno! Tak być powinno! Ja także czuwam, ażeby Ottowicz dał swojej żonie alimenta. — Naturalnie w odpowiednich rozmiarach. Nie pozwolę go obdzierać. Coś przecież musi i dla nas pozostać!
— Zostanie! Zostanie! I wcale nie mało — uspakajała, śmiejąc się, Weychertowa.
— Spodziewam się! — zawołała wesoło Janka, podając jej rękę. — Coś, za coś! Mam opinię zupełnie zepsutą. Niechże wiem dlaczego!...
Rena w milczeniu dotknęła dłoni Weychertowej, wiecznie miękiej i gorącej, i wyszła szybko na wschody. — Dusiła się w obecności tych dwóch kobiet, które wydały jej się w tej chwili do gruntu zepsute i bezczelne. — Czuła się doskonałą i nieskazitelną w porównaniu z niemi.