— I duchowo i fizycznie!... — powtarzała w myśli, jakby suggestjonując sobie radość z powodu swej doskonałości.

W bramie dopędziła ją Janka. Czem prędzej wsunęła jej rękę pod ramię.

— Doprawdy... — wyrzekła — ta Weychertowa jest bezczelna...

— ?...

— Widziałam kapelusz, jaki wybrała dla żony redaktora. — Ubrany wstążką z pękiem akacji. Powiadam ci, horrendum. Chyba umyślnie, ażeby uwidocznić jej szpetotę...

— Och!

— No tak! A potem z tem lekarstwem. Ja na miejscu redaktorowej nie brałabym tego lekarstwa.

— Dlaczego?

— Bałabym się!

Rena aż drgnęła. — Była to potworna insynuacja uczyniona z dziką lekkomyślnością. Lecz uświadomiona panna już cieszyła się innem wrażeniem.