— Bardzo prosto!

— O!

Zajechały przed kawiarnię „Splendid”. W ostatnich blaskach dnia, na terasie zaczynało mrowić się od ludzi. Purpurowe, rozpięte parasole nad białemi stolikami rzucały krwawe refleksy.

Uświadomiona panna stanęła demonstracyjnie w dorożce i gestami przyzywała Ottowicza, który siedział przy jednym ze stolików w towarzystwie kilku mężczyzn. — Pośpieszył zaraz. Za nim szedł jeszcze ktoś z naciśniętym na oczy panamą.

— Ależ to Halski! — zawołała Janka.

Mężczyźni obaj doszli do dorożki. Witali się wesoło.

— Bierzcie drugą dorożkę i wieźcie nas gdzie za miasto! — rozkazywała Janka.

— Cudowna myśl!

Zawołali przejeżdżające „gumy”. — Za chwilę dwie dorożki mknęły po kawalersku, wyścigując jedna drugą.

A Rena, która kombinowała od kilku dni, jakie to będzie jej spotkanie z Halskim — dziwiła się, jak rzecz ta stała się prosto i szybko.